Wideo
Aktualnie czytasz:
1000 m wniosu na trasie Bukowina Tatrzańska – Ždiar z gorączką
0

Zgodnie z wczorajszymi przewidywaniami wczorajsza wycieczka nie wyszła mi na zdrowie. Proponuje porannego szota, albo i dwa. To cytryna z sokiem imbirowym. Kelner w restauracji zrobił zrobił wielkie oczy jak go o to poprosiłem. Nie mniejsze, niż ja po wypiciu tej mikstury. Mam nadzieję, że to naprawdę pomoże, bo czuję się jakby mi ktoś z rana walnął młotkiem w łeb.

Jednak nie ma się co poddawać. Ruszamy. W planie wycieczki jest 50 km do Słowackiej miejscowości Ždiar i spowrotem do Bukowiny. Wedle Stravy ma to dać około kilometra wniosu i około dwóch godzin jazdy netto. Zobaczymy jak będzie.

Póki co czuję się lepiej, niż wczoraj. Może dlatego, bo spałem trochę dłużej niż 4 godziny i nie wyruszam po całym dniu pracy. Wiatr też jakby ucichł, a temperatura wynosi przeciętnie 15 kresek. Niby nic tylko jechać. Przeszkadza mi tylko jeden fakt – boli mnie głowa. U mnie to rzadkość i najczęściej objaw po prostu gorączki. Z drugiej strony dobrze, że łeb, a nie nogi.

Przekraczam Białkę i już jestem po Słowackiej stronie. Tutaj szukam sklepu i ibuprofenu. Ekspedientka tylko na mnie spojrzała i już chyba wiedziała po co przyszedłem. Miła Pani dała mi tabletkę i nie chciała ani centa. A do tego zaczęła mnie uczyć słowackiego…

Koniec śmiechu, wracamy do roboty za biurko. Przede mną kilka dłuższych wspinaczek, gdzie miejscami jest od 6 do 9%. Moim zdaniem najlepiej po to prostu znaleźć swoje tempo, dostosować do niego kadencję i trzymać cały czas te 90-95 obrotów. Mi w taki sposób kręci się najbardziej optymalnie. Daje mi to około 17-18 km/h i według estymacji Stravy 250 W. Co najważniejsze naprawdę dzisiaj jedzie mi się o wiele lepiej. Sen to jednak podstawa regeneracji.

No i tak sobie mieląc łańcuch jestem już u góry. Ale moment, moment, wygląda to miejsce dość znajomo. Faktycznie, przez przypadek dzisiaj już tutaj byłem. Z tą różnicą, że było nieco łatwiej mając pod kroczem 83 kilowaty.

Nieważne. Teraz mam dostępne co najwyżej 273 W z których nie będę korzystać przez najbliższe 5 kilometrów. Nie umiem się jakoś cieszyć z takich zjazdów, bo cały czas mam w tyle głowy świadomość, że jeszcze będzie trzeba tą samą trasą wrócić.

I oto jestem u celu wyprawy. Zatrzymam się nieco na uboczu, uzupełnię płyny i węgle oraz sprawdzę stan techniczny sprzętu. No widać, że zdecydowanie nowe klocki już się dotarły i zarumieniły. Podobnie jak giry. Uświadomiłem sobie też, że przestała mnie boleć już głowa.

Jednak nie mam wiele czasu na rozkoszowanie się słowackimi widokami. Przejechaliśmy wspólnie dopiero 26 kilometrów i wspieliśmy się na 500 m. Nim wylecimy na powrotną trzeba jeszcze stąd zjechać. Szczerze współczuję kołom i hamulcom tego co tutaj muszą znieść, ale o tym nieco później…

Zawsze na podjeździe staram się myśleć o tym jak przyjemnie się zjeżdżało. A tak na serio – rower daje mi przede wszystkim odmóżdżenie po stresującym dniu. W sumie u mnie codziennie jest stres…

Po prostu zauważyłem, że mentalnie odcinam się od wszystkiego i to jest dla mnie najważniejsze. Nie jakaś filozofia rowerowa, religia, savoir – po prostu przyjemność i pasja. To jest najważniejsze. Bez względu na to jaki masz rower, w czym jeździsz i ile za to wszystko dałeś, albo dałaś. Jak jest radocha i pasja to jest wszystko. U mnie jest ogromny fun, bo rower to idealny sposób na zmęczenie się fizycznie. Muszę to robić codziennie, bo inaczej jest ze mną bardzo źle. Dlatego im bardziej jest to „męczenie się” urozmaicone tym dla mnie lepiej.

A tymczasem tutaj jest bardzo ciekawie. 5 kilometrów pojazdu longiem z nachyleniem od 2 do 8% i końca nie widać. Tętno trzymam w okolicy 160 co mi pozwala turlać się mniej więcej 18 na godzinę i na spokojnie podziwiać Tatry.

Kilka kilometrów dalej znów wlatujemy na znany nam już szczyt i potem ostro w dół aż do samej granicy. To były 4 pełne adrenaliny kilometry. Na blacie 70 km/h, sporo winkli i nierówności. Właśnie tutaj moim zdaniem liczy się niezawodność i trwałość wszystkich komponentów roweru. Cały czas myślę o tym jakie obciążenia musi wytrzymać choćby taka sztyca, albo koła lub widelec i łożyska główki ramy. Po prostu momentami mnie to przeraża. Może dlatego, bo wyobraźnia pracuje. A co jeśli przy tej prędkości walnie choćby jedna szprycha? Albo złamie się kierownica lub pęknie sztyca?

Nieważne. Mamy teraz lotną premię na wjeździe do Polski i zmianę ukształtowania terenu. Z kilomtra na kilometr mam wrażenie, że czuję się coraz lepiej, ale potem się okaże, że to i tak tylko pozory. Czuję to choćby po wyschniętych ustach. Z jednej strony to wina wiatru, a z drugiej podejrzewam, że to bardziej efekt tego, że jednak coś mnie rozkłada.

Najwazniejsze, że już jestem w hotelu i pierwszy przy barze. Barman jak mnie zobaczył to od razu wiedział o co pytać – „Szocika”? Oj tak, przyda się i to bardzo. To były niezwykle urokliwe kilometry. Zrobiliśmy zgodnie z planem 5 dyszek i 1000 metrów wniosu. Góry są wspaniałe. Gdyby jeszcze minimalnie było cieplej. Wasze zdrowie!

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
50%
Interesujące
50%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%

Podziel się opinią