Wideo
Aktualnie czytasz:
60 km ganiania rowerem za motocyklem. Jak bardzo pomaga jazda w cieniu aerodynamicznym?
0

No i poszły konie po betonie. Przede mną jedzie potężny BMW R 1200 GS i ma za zadanie chronić mnie przed wiatrem czołowym. Niemal 80% wszystkich oporów z którymi walczy rowerzysta na płaskim stanowi powietrze. Jeśli przede mną znajduje się motocykl, wówczas jestem się w cieniu aerodynamicznym, który sprawia, że jest mi łatwiej mniej więcej o 1/3.

Oczywiście warunek jest jeden – muszę trzymać się blisko koła BMW. Niestety Rudy, który jedzie przede mną jest złośliwy i cały czas podbija tempo. Najbardziej wkurza mnie to, że nie odpuszcza gazu na podjazdach. Dlatego nie dość, że mam pod górkę to jeszcze nagle dochodzi mi dodatkowa walka z wiatrem.

Muszę pamiętać też o rozsądnym balansowaniu energią. Mamy do zrobienia ponad 60 km bez schodzenia poniżej 40 km/h. Dlatego na wszelkich zjazdach składam się, przestaję pedałować i regularnie uzupełniam płyny. W bidonie mam węgle, minerały i BCAA za które jutro będę sobie dziękować.

Pamiętamy też o bezpieczeństwie. Uzgodniliśmy, że przy pokonywaniu dużych skrzyżowań lub przeszkód na jezdni, motocykl odjeżdża na kilkanaście metrów do przodu. To dlatego, ponieważ mam ograniczone pole widzenia, a dystans nas dzielący jest niewielki. Michał też chcąc hamować musi wcześniej zjechać do osi jezdni, nie może także nagle odpuścić manetki gazu, bo po prostu pocałujemy się. To wymaga od niego ogromnej koncentracji.

Mijają kolejne kilometry. Wreszcie udało się nam dotrzeć. Przelotowo trzymamy około 42-45 km/h i optymalną pod względem bezpieczeństwa i oporów powietrza separację. Nie zmienia to faktu, że inni kierowcy patrzą na mnie jak na debila.

Niestety nie uniknęliśmy słabej nawierzchni. Wjechaliśmy na świeżo wylane kamyczki metodą natryskową. To taki tani sposób na naprawdę drogi. Tani i uciążliwy. Co chwilę słychać jak coś uderza o mój kask i szybę. Do tego po czymś takim nie da się zbyt szybko jechać z 8 atmosferami w kołach. Nasza prędkość przelotowa spada do 37 km/h. Szybciej się tutaj nie da ze względu na potężne wibracje. Może to i lepiej, zachowam więcej sił na potem.

Po zmianie kierunku poczułem dodatkowe uderzenie mocy. Po pierwsze dlatego, ponieważ nieco odpoczywałem przez ostatnie 4 kilometry, a po drugie zaczął pomagać też niewielki wiatr w plecy. Staram się teraz jechać na około 70-80% swoich możliwości. Trzymamy około 47 km/h. Momentami nawet poganiam Rudego, co mu sygnalizuję zaczynając go wyprzedać…

Po pierwszych 35 kilometrach zaczynam czuć niewielkie spadki energii. Mimo to muszę trzymać tempo, bo motocykl cały czas jedzie z taką samą prędkością i nie schodzi poniżej 42 km/h.

Powoli zbliżamy się do ulicy Mostowej w Warce. Tam jest krótka hopka, anonsowana progiem zwalniającym. Rudy wcześniej mi ją sygnalizuje ręką, a następnie od razu odjeżdża, abym mógł go dostrzec. Dzięki Michał!

Co najgorsze zostawia mnie tutaj samego. Nie dość, że po górę to jeszcze bez pomocy motocykla. Super. Jednak średnia nie może spaść i muszę sam się tutaj wdrapać trzymając z góry ustalone tempo.

Dla ochrony średniej musimy ekspresowo pokonać Warkę i jak najszybciej znaleźć się na wylocie do Warszawy. Ponieważ wiele tu niebezpieczeństw muszę jechać przez najbliższe 3 kilometry bez pomocy motocykla, który nadal trzyma się nieco dalej ode mnie.

Po przejechaniu w morderczym dla mnie tempie przez Warkę poczułem, że nie jest dobrze. Wybija mi korki. Rudy jest z kolei znudzony i niewzruszony. Trzyma ponad 4 dychy na blacie, bo ma dosyć tej jazdy. Siedzi w końcu za sterami już od ponad godziny. Robiem co mogem, sam chciałbym już dotrzeć na metę, ale trzepacka forma nie pozwala mi podbić tempo, nawet siedząc pół metra na kole.

Nie ukrywam, że dojechał mnie tego dnia podjazd w miejscowości Konary. Motocykl mi odjeżdża, nachylenie się zwiększa a w nogach wata. Zacząłem siebie przyłapywać na nietrzymaniu prawidłowej kadencji, to kolejna oznaka, że mięśnie nie chcą już jechać. Na szczęście po chwili pojawił się malutki zjazd na którym udało mi się odrobinę zregenerować i przede wszystkim dopić do końca wodę. Łącznie przez 50 kilometrów zeszło 1.5 litra.

Ostatnie 5 kilometrów to już totalna padlina. Przelotowa i średnia zaczyna niebezpiecznie spadać, a tętno zbliża się do 170. Najgorsze, że zaczyna mi coraz bardziej uciekać koło motocykla. Dlatego finisz musiałem de facto zrobić samemu. Na szczęście dojechałem, dojechałem też samego siebie do granic wyrzygu.

To było z jednej strony totalnie bez sensu. Z drugiej przyznam, że taki drafting od zawsze był moim marzeniem. Pod względem treningowym ta dzisiejsza jazda w moim odczuciu dała mi naprawdę sporo. Dlaczego? Bo nie było tak łatwo, jak mi się wydawało. Koło uciekało, zwłaszcza na podjazdach, wymagana była duża koncentracja i pilnowanie takich parametrów jak tętno czy kadencja, aby dobrze gospodarować siłami. Myślałem, że uda się wykręcić lepszy czas na tych 60 kilometrach, ale i tak jestem niesamowicie zadowolony. Jeszcze raz dzięki Michał za cierpliwość i dbałość o moje bezpieczeństwo!

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
80%
Interesujące
0%
heh...
20%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%

Podziel się opinią