Testy
Aktualnie czytasz:
Giant Reign 1 i Liv Hail 2 w damsko-męskim teście enduro
2

Ostatnie dni upłynęły nam pod znakiem testów. Mieliśmy okazję sprawdzać dwa topowe rowery enduro marki Giant Liv przygotowane na rok 2018. Ciekawi byliśmy tego spotkania z kilku względów: Piotrek – do tej pory wielki miłośnik DH i Agnieszka wierna MTB wsiadają na modele stworzone dla tej samej dyscypliny – enduro. Jak Giant Reign 1 Liv Hail 2 wypadły w naszym teście? Zaczynamy!


009
Giant Reign 1 – testuje Piotr „Digas” Horniak
Spotkania z flagowcem enduro od Gianta wyczekiwałem jak dzieciak pierwszego śniegu. Zapytacie dlaczego? Odpowiedź jest prosta: przez Maestro. I nie chodzi mi tutaj o żadnego sławnego muzyka, a o system zawieszenia który od lat ewoluuje w kolejnych odsłonach ram od uznawanego za największego na świecie producenta rowerów Gianta. Moja ciekawość koncentrowała się głównie na jednej rzeczy:  czy rower który z zasady pozwala komfortowo podjeżdżać, pozwoli odczuć chociaż trochę tej radości, którą jego masywniejszy zjazdowy brat Giant Glory oparty o ten sam system zawieszenia dostarczał mi przez ładnych kilka lat zabaw na trasach DH? Odpowiedź już znam. Chcecie wiedzieć jak ona brzmi?

Zdecydowane TAK. Testowany Giant Reign 1 to nie tylko świetnie spisująca się maszyna, na której zdobędziemy szczyty, ale także genialnie klejący się trasy partner na czas powrotu na dół. Środek ciężkości jest zlokalizowany bardzo nisko, a sam rower jest długi, przez co zachowuje się stabilnie podczas szybszych fragmentów. Bardzo dobrze reaguje na każdy ruch kierownicą i balans ciałem. Oderwanie się od ziemi nie spowoduje ataku paniki – rower posłusznie wykona każdy nasz rozkaz. Nie ma mowy o zachowaniu charakterystycznym dla leśnych przecinaków (obieram tor jazdy na wprost i jadę nie zważając na zakręty…). Giant Reign 1 to dobry wybór dla każdego szukającego czegoś więcej podczas zjazdu. 160mm skoku z przodu i z tyłu spokojnie pozwoli na odwiedzenie sekcji DH lub A-lina, gdy znudzą nam się trasy enduro lub zwyczajne leśne ścieżki.

Osprzęt na którym zbudowany jest rower generalnie zasługuje na pochwałę. Za amortyzację przedniego koła odpowiada RockShox Lyrik który po odpowiednim ustawieniu dobrze radzi sobie nawet z drobnymi nierównościami. Damper, także od RockShoxa genialnie  współpracuje z zawieszeniem Maestro tworząc zgraną orkiestrę. Dodatkowo możemy zablokować skok dampera z poziomu manetki na kierownicy. Obydwa amortyzatory możemy regulować podstawowym i jak dla mnie wystarczającym zakresie. Nowoczesny napęd SRAM GX Eagle 1×12 z wielką zębatką 50t z tyłu pozwala wyjechać prawdopodobnie wszędzie. Regulowana sztyca od Gianta zachowuje się poprawnie i w rowerze enduro tej klasy jest oczywistością. Jej skok w zupełności wystarcza aby komfortowo podjechać do góry, a po schowaniu, podczas zjazdu, nie obijać siodełkiem czterech liter. Opony to zazwyczaj sprawa indywidualna każdego ridera, jednak w przypadku testowanego Reigna nie trzeba na starcie myśleć o ich wymianie  – dostarczane Maxxisy pozwolą na dobrą zabawę. Przyznam szczerze, że tylnego High Rollera byłem pewien, a przednia Shorty,do której podchodziłem z pewną dozą ostrożności, podczas testu przekonała mnie do siebie. Trzeba jednak pamiętać że była to świetnie klejąca się wersja 3C. Osobiście za najsłabszy punkt roweru uważam hamulceSRAM Guide RS do mnie nie przemawiają. Chociaż nie można im odmówić mocy, a kombinację tarcz przód 200, tył 180 raczej trudno będzie przypalić, to uważam że elementy robocze klamek tych hamulców są zbyt mało sztywne. Efektem tego jest towarzyszące każdemu naciśnięciu klamki, wrażenie obcowania z plastikową zabawką. Wydaje mi się że w hamulcach tej klasy nie powinno mieć to miejsca.  Zdecydowanie bardziej przekonują mnie odpowiedniki np. od Shimano.008

 

011

Podsumowując: decydujący się na zakup Gianta Reign1 2018 otrzymają rower maksymalnie uniwersalny. Świetna geometria w połączeniu z pracą systemu zawieszenia Maestro, stworzy dla nawet najbardziej wymagającego użytkownika mieszankę idealną. Rower świetnie sprawdzi się podczas rodzinnej wycieczki, wypadu enduro, czy zabawy w bike parku, w którym na górę dostaniemy się wyciągiem i jedyne co nas będzie interesowało, to czerpanie jak największej ilości frajdy ze zjazdu.

003

 

Liv Hail2 – testuje Agnieszka Zamorska
Specjalistą w temacie enduro z pewnością nie jestem. Moja przygoda z tym sportem zaczęła się w poprzednim  sezonie. Wcześniej byłam wiernym miłośnikiem MTB, a naukę enduro zaczęłam od zjeżdżania na moim sztywniaku. Mimo braku dampera, zmęczonych rąk i lęku wysokości spodobało mi się. Baa – zakochałam się w tej dyscyplinie. Tym większą radość sprawiła mi propozycja przetestowania rumaka z najnowszej kolekcji Liv 2018 – Hail’a 2. Chociaż informacje na temat rowerów Liv docierały do mnie już kilka lat temu to jest to pierwszy ich model, na którym miałam przyjemność jeździć. Przyjemność to bardzo dobre określenie – dlaczego?

Nie byłam do tej pory posiadaczem żadnego modelu enduro, jednak do kilku już się przymierzałam. Różnica między MTB a enduro jest kolosalna, o tym nikogo zapewniać nie muszę.
Pierwsza reakcja po zjechaniu na enduro : – „woww ale miękki..”
Druga: – „… ale dlaczego taki potężny, trudny w prowadzeniu, dlaczego ta kierownica jest tak daleko?”

Miałam wrażenie, że pomimo tylnego amortyzatora, który gwarantował niesamowity komfort dla mojego tyłka i rąk, jest mi trudno zapanować nad rowerem. Miało być prościej – a nie było. „Przyzwyczaisz się, to inny rodzaj roweru” – słyszałam to od wszystkich. Roweru enduro jeszcze nie zakupiłam więc póki co nie miałam okazji się przyzwyczaić. Cóż, teraz mogę się tylko z tego cieszyć!

Marka Liv produkuje rowery wyłącznie dla kobiet.  Oznacza to, że nie tylko design, ale także geometria oraz osprzęt roweru jest dobierany i projektowany z myślą o paniach. Marketingowy bełkot? Sama tak długo myślałam, ale teraz stwierdzam, że nie do końca. Rama Hail’a 2 została wykonana ręcznie, a jej geometria różni się od geometrii męskiego roweru enduro. Szczegóły pozwolę sobie zostawić na osobny artykuł na temat różnić między męskim, a damskim modelem. Nie jestem profesjonalistą, a na rowerze jeżdżę wyłącznie dla przyjemności, dlatego zdaję sobie sprawę, że wielu z Was będzie miało parę uwag co do sposobu przeprowadzenia tego testu. Ja jednak zrobię to po swojemu i mniej skupię się na parametrach technicznych, a bardziej na moich indywidualnych odczuciach z jazdy.

Moje pierwsze wrażenie po spojrzeniu na rower: „pojechali z designem,  wygląda świetnie, pewnie to celowy zabieg, chcą odwrócić uwagę od ramy i osprzętu”. Myliłam się. Liv Hail2 oferuje 160mm skoku zawieszenia z przodu i z tyłu. Za amortyzację odpowiada zgrany duet od RockShoxa: na przodzie nierówności połyka podstawowa wersja widelca do cięższych zastosowań – Yari, z tyłu podróż umila RockShox Deluxe RT. Oba amortyzatory dobrze spełniały swoje zadania  i po odpowiednim ustawieniu ciśnienia, sprawnie przejmowały na siebie większość uderzeń. Możecie się więc domyślić jak ogromną odczułam różnicę między Hail’em 2 a moim sztywniakiem.  Byłam także mocno zaskoczona, że mimo pojedynczego blatu (1×11 Shimano SLX przód i tył)  wcale nie brakowało mi przełożeń na podjazdach. Rower zupełnie innej geometrii niż rumak MTB równie płynnie i lekko wspinał się pod górę. Owszem, zadyszka była i to nie mała, ale wynikała głównie z mojej kiepskiej kondycji, która w sezonie zimowym zawsze lekko podupada. Hail 2 dobrze kleił się ziemi i był mi dużym wsparciem podczas wydrapywania się po śliskim, gliniasto-liściastym podłożu. Nie ma jednak czemu się dziwić – Liv włożył w ten model niezawodne gumy od Maxissa.  Zmieniłabym jednak szerokość kierownicy (800 mm) – być może to rzeczywiście kwestia przyzwyczajenia i przejścia z MTB na enduro, jednak chętnie wsadziłabym tutaj węższą wersję. Regulowana sztyca o niewielkim skoku 100mm przy moim wzroście 169 cm i testowanej przeze mnie ramie w rozmiarze M była świetnym rozwiązaniem.  Wspornik wysunięty na maxa zapewniał mi komfortową pozycję podczas podjazdu. Nie wiem jednak czy komfort jazdy w przypadku wyższych kobiet byłby taki sam. Obawiam się, że co niektórym paniom może zabraknąć trochę skoku sztycy, jednak dla mnie ta długość była idealna 😉  Projektanci Liv zadbali także o bezpieczeństwo.  Według mnie moc jaką oferują zamontowane w rowerze hamulce Shimano SLX jest w zupełności wystarczająca, a rozmiar tarcz hamulcowych, które dobrano ze sporym zapasem , podoła każdej wymagającej trasie.

002

IMG_8784

Podsumowując:  Liv Hail 2 2018 urzekł mnie swoją łatwością prowadzenia i przyjemnością z jazdy. Rower dobrze się poddaje, amortyzuje nierówności, a kierownica jest w optymalnej odległości od siodełka (dla mnie to bardzo ważne).  Lekkość wyjazdu i płynność zjazdu sprawia, że wg mnie Liv Hail 2 to ciekawa propozycja  dla kobiet rozpoczynających swoją przygodę z pięknym sportem jakim jest enduro. No i ten design! W końcu jakiś kobiecy – nie różowy rower ;))

Jeżeli kochacie góry, lubicie prędkość i adrenalinę to szczerze polecam zmianę modelu MTB na Enduro.

Aga i Piotrek

001

 

010

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
33%
Interesujące
89%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%
2 Komentarze