Zdrowie
Aktualnie czytasz:
Hipochondria. Czym się objawia ta choroba? Jak może ona eskalować do ataków paniki i nerwicy lękowej
0

Hipochondria to klasyfikowana w oficjalnej medycynie choroba. Osoba dotknięta tym zaburzeniem wbrew obiegowym opiniom cierpi i posiada pełne spektrum objawów somatycznych (fizycznych) pomimo, iż jest zdrowa. Dziś prawdziwa historia nagłego ataku tej choroby. Dzięki anonimowej relacji możemy prześledzić proces jej rozwoju oraz sposoby leczenia.

Hipochondria wymaga fachowej pomocy. Jej epizody mogą nawracać i stawać się coraz bardziej uciążliwe dla chorego i otoczenia. Zaburzenie to jest w stanie sparaliżować życie i uniemożliwić wręcz normalne funkcjonowanie. Wcześniej jednak trzeba uświadomić sobie jak ona działa, jakie są objawy oraz jak walczyć. Pomoże w tym bezpośrednia relacja chorego Mirosława z Gdyni, mającego 26 lat:

Pierwszy atak hipochondrii wziął się u mnie znikąd. Nigdy zbytnio nie przejmowałem się zdrowiem, pójście do lekarza było czymś normalnym. W przeszłości byłem nawet hospitalizowany z obiektywnych powodów. Podchodziłem do zagadnień związanych z moim stanem fizycznym w sposób normalny. Regularnie się badałem i nigdy nie narzekałem na swoją kondycję z punktu widzenia medycznego. Aż do felernego jesiennego wieczoru.

Uświadomiłem sobie, że od pewnego czasu często boli mnie prawa strona brzucha na wysokości żeber. To okolice wątroby. Nie było to zbyt dokuczliwe, ot zwykłe uczucie dyskomfortu, które pojawiało się i znikało. Jednak po paru dniach zacząłem dociekać przyczyn. W sumie nie wiedziałem czy jest to na tyle coś groźnego, że powinienem wybrać się do lekarza. W ruch oczywiście poszedł Doktor Google, przeklęte narzędzie z punktu widzenia hipochondryka.

Zazwyczaj jest tak, że jakiekolwiek objawy nie zostaną wpisane do wyszukiwarki to i tak na końcu się okaże, że jesteś poważne, lub wręcz śmiertelnie chory. To absurd. Winna oczywiście nie jest sama wyszukiwarka a autorzy treści na portalach o tematyce zdrowotnej. Mało w nich konkretnej, medycznej treści tworzonej przez lekarzy. Stąd wpisując „ból po żebrem” okazuje się, że to objaw marskości wątroby, nowotworu jelita grubego a także ostrego zapalenia woreczka żółciowego. Generalnie pisze się tylko o tym co najgorsze i najmniej prawdopodobne, bo to po prostu się „dobrze klika”.

Dziś łatwiej jest mi się wyśmiewać z tych schematów, jednak w dniu kiedy faktycznie szukałem pomocy w Internecie ogarniało mnie prawdziwe przerażenie. Im więcej czytałem, im więcej szukałem tym poziom lęku coraz bardziej się wzmagał. Do tego stopnia, że zdecydowałem się panicznie pobiec do lekarza. Poziom stresu był tak duży, że nie chciałem czekać, zdecydowałem się na wizytę last minute na drugim końcu miasta.

W międzyczasie zaczynałem się coraz bardziej nakręcać, że faktycznie coś groźnego dolega mojemu ciału. Jadąc na umówioną wizytę stwierdzam, że nie powinienem jechać samodzielnie samochodem. Trząsłem się ze strachu, ręce były zlane potem, a myśli były wszędzie, tylko nie na drodze.

Oczekiwanie przed gabinetem to była katorga. Każda minuta opóźnienia mojego przyjęcia ciągnęła się jakby latami. Do tego dostałem biegunki. Mój żołądek nie wyrabiał przy takim poziomie napięcia nerwowego. Wreszcie pani doktor przyjęła mnie.

Opowiedziałem jej co mi dolega. Podejrzewam, że widziała przerażenie w moich oczach i krople potu, które rytmicznie spływały mi po skroni. Dobrze, że była osobą o dużej empatii i powiedziała kurtuazyjnie „to pewnie nic takiego”. Niby niewiele, ale pozwoliło się na chwile uspokoić.

Doktor zrobiła podstawowe badania fizykalne i nie wyczuła aby wątroba była powiększona. Stwierdziła, że jej zdaniem wszystko jest ok, a ból, który od kilku dni mi towarzyszy i ciągle nasila to neuralgia międzyżebrowa. Zwykły nerwoból. Zdarza się na skutek delikatnego uszkodzenia nerwów, np. podczas intensywnych treningów.

Jednak lekarz, by spełnić do końca swój obowiązek zaleciła badania krwi pod kątem wirusowego zapalenia wątroby. Tak na wszelki wypadek. Zaznaczyła jednak, że wystawia skierowanie pro forma. Nie ma bowiem żadnych racjonalnych przesłanek, aby te podejrzenia się sprawdziły.

Po wizycie wyszedłem niesamowicie pocieszony. Lęk spadł z poziomu 8/10 do 1/10. Poczułem się jak nowo narodzony. Jednocześnie zacząłem rozmyślać o przyczynach tak panicznej reakcji mojej głowy na zwykły tępy ból w okolicach żeber. Przecież to tak naprawdę nic wielkiego! Co najciekawsze – uczucie dyskomfortu przeszło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Jednak najgorsze dopiero miało się zacząć…

Po powrocie do domu jeszcze raz zacząłem to wszystko analizować i się nakręcać. Przecież ja jeszcze muszę zrobić zlecone badania wątrobowe! A jak faktycznie coś wyjdzie? A co jeśli to naprawdę żółtaczka? Lęk powrócił. 7/10, 8/10… Nie przespałem całej nocy. Następnego dnia poszedłem do pracy i nie zrobiłem przez 8 godzin absolutnie nic. Kompletnie nie mogłem się skupić. Brak snu też nie pomagał. Zmęczony umysł jest jeszcze bardziej podatny na hipochondrię. Tak powstaje błędne koło, które trudno bez pomocy innych zatrzymać. Przestajesz jeść, pić, spać, dbać o obowiązki i samego siebie. Jak alkoholik podczas ciągu. Masz wrażenie, że twoje życie się zatrzymało.

W pewnym momencie myśli o chorobie i konieczności zrobienia badań wywołała u mnie atak paniki. To 10/10 w mojej skali lęku. Leżałem na podłodze w piątkowy wieczór trzęsąc się jak galareta. Straciłem kontrolę nad umysłem i ciałem. To jak tortura i nie ma w tym sformowaniu przesady. W takim stanie nie pozostaje nic innego jak wezwanie pomocy i jazda do szpitala. W innej sytuacji wykończysz się, albo wcześniej skoczysz z okna. Nie da się tego zatrzymać.

Dobrze, że mam znajomego psychiatrę, który w tej sytuacji mógł pomóc. Doraźnie zalecił zastosowanie leków z grupy benzodiazepin (to się przyjmuje tylko w kryzysowych sytuacjach!), które skutecznie wyciszają atak paniki oraz wykonanie zleconych przez lekarza badań. Po co? Aby przekonać się, że to hipochondria, a nie zaburzenia wątrobowe. W trakcie przyjęcia u psychiatry stanąłem też na wadze. Schudłem 8 kilogramów w 5 dni. Ostatni posiłek jadłem w niedzielę. Teraz jest piątek 23.00.

Wziąłem leki i mogłem spokojnie zasnąć. Następnego dnia z samego rana pojechałem do laboratorium na pobranie krwi. Celowo wybrałem takie, które w sobotę jest w stanie dostarczyć wyniki w zaledwie 3 godziny. Nie mogłem czekać do poniedziałku, bo znów wylądowałbym w psychiatryku.

Dostałem wyniki. Pomyślne. Wraz z ich otrzymaniem zakończył się mój pierwszy epidot z hipochondrią.

Po kilku tygodniach sytuacja znów się powtarzała. Cały czas „nasłuchiwałem” ciała w poszukiwaniu nieprawidłowości, co cały czas wpychało mnie w sidła tej choroby. Lekarz zalecił stałe przyjmowanie leków z grupy SSRI (to te same, które stosuje się w walce z depresją i wszelkimi zaburzeniami lękowymi). One faktycznie po czasie pomogły nieco wyciszyć hipochondrię. Jednak to tylko plaster na otwarte złamanie. Nie bójcie się tej grupy farmaceutyków. SSRI nie uzależnia, nie zmienia osobowości, nie dostarcza uciążliwych skutków ubocznych. To bezpieczne leki, które przyjmuje się stale, a nie incydentalnie jak choćby benzodiazepiny, które nadają się tylko do stosowania krótkotrwałego. Te z kolei działają bardziej jak narkotyki przepisywane na receptę. Są też bardzo często nadużywane.

Jedynym skutecznym sposobem na pokonanie hipochondrii jest farmakoterapia połączona z psychoterapią. Do tego dochodzi także zmiana stylu życia. Więcej odpoczynku, snu i przede wszystkim sportu. Aktywne życie pomaga odstresować umysł i promuje produkcję hormonów szczęścia. To bardzo pomaga… Wiem po sobie. Od momentu diagnozy kompletnie przemodelowałem swoje życie. Codziennie poświęcam na sport minimum 30 minut. 

Niestety moim zdaniem większość osób z hipochondrią nie poddaje się leczeniu. Nie szukają pomocy. Zawodzi także rodzina, która postponuje osoby z zaburzeniami. Hipochondrycy często słyszą „przesadzasz, nic ci nie jest śmierdzący leniu. Weź się w garść!”. Zaczynasz zawalać pracę, rodzinę, siebie… Wreszcie zamykasz się w sobie wychodząc z założenia, że to wszystko twoja wina. Życiowa stagnacja postępuje. Znowu nawiążę do analogii z alkoholizmem. To działa moim zdaniem praktycznie tak samo. Łatwo jest innych oceniać twoje dzisiejsze zachowanie bez analizowania jego przyczyny oraz zdania się na choćby odrobinę empatii.

Niestety hipochondrycy bardzo często są ze swoimi problemami sami. Trzeba sobie uświadomić, że to jest choroba, która może dotknąć każdego. To nie fanaberia, to realny problem, który się leczy. Wiem, że dla wielu pójście do psychiatry jest gorsze od badania odbytu per rectum, jednak to nieuzasadnione. Psychiatra to normalny lekarz, który na codzień zajmuje się identycznymi przypadkami. Nie jestem wyjątkiem. Ty też nim nie jesteś. Zapomnij też o stereotypowym myśleniu o psychotropach. Ludzie niesamowicie obawiają się tych leków nie odróżniając podstawowych medykamentów. Co innego stosuje się w przypadku rozdwojenia jaźni czy urojeń, a co innego w leczeniu zaburzeń nerwowych, w tym hipochondrii.

Bez leczenia sytuacja często ulega pogorszeniu. To jak z bolącym zębem i jedzeniem lodów, które na chwilę uśmierzają ból. Tyle, że osoby z zaburzeniami nerwowymi zamiast lodów stosują na przykład alkohol, narkotyki albo decydują się na samobójstwo. Tymczasem rozwiązać problem można dużo prościej. Musisz tylko uwierzyć w to, że ta choroba dotyka miliony osób i jest na nią skuteczny sposób leczenia. Jestem na to przykładem.

Ciężko do tej historii o trafną puentę. Mogę tylko zaapelować – jeśli podejrzewasz, że ktoś z twojego otoczenia choruje na zaburzenia lękowe, w tym hipochondrię to wyciągnij pomocną dłoń. Tego typu osoby są najczęściej same ze swoim problemem. Wstydzą się prosić o wsparcie i uważają się za gorsze. Przekonaj do leczenia i obalaj mity na temat psychiatrii i leków dedykowane takim zaburzeniom. Wskaż też na istotną rolę sportu w przypadku tego typu problemów.

Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
0%
Interesujące
0%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%

Podziel się opinią