Wideo
Aktualnie czytasz:
Jak schudłem ponad 30 kg?! Suplementy? Dieta? Basen? Rower? Bieganie?
3

Obiecałem sobie, że w momencie kiedy zejdę poniżej 90 kg przy 185 wzrostu zrobię małe podsumowanie swoich postępów. Dziś ważę 86 kg i czuję się świetnie. Łącznie w 6 lat (z przerwami) schudłem ponad 30 kg. Jak to zrobiłem?

Zacznijmy od początku. Zawsze miałem wręcz anorektyczną budowę ciała. 70 kg przy moim wzroście to skóra i kości. Jednak w pewnym momencie człowiek dostaje prawo jazdy, przechodzi na tryb siedzący, a stare nawyki pozostają. Moje odżywianie było dalekie od doskonałości. Po prostu nigdy się nie przejmowałem kaloriami, cukrem czy żywieniem się hamburgerami z frytkami. Nic dziwnego, że w pewnym momencie zacząłem panicznie tyć. Co gorsza, po przekroczeniu 21 roku życia na skutek kontuzji, 6 miesięcy praktycznie przeleżałem w łóżku. Potem jeszcze pojawiły się leki, których najgorszym skutkiem ubocznym było spowolnienie metabolizmu. Wynik? +50 kg!

Ludzie nie poznawali mnie na ulicy

Ja z samym sobą mam do czynienia na codzień. Jednak ktoś, kto widział mnie po raz pierwszy po dłuższej przerwie przecierał oczy ze zdumienia. Chudy jak szkapa facet przepoczwarzył się w dużą piłkę lekarską w nieco ponad rok. Nie przejmowałem się tym. Uważałem, że mogłem przytyć góra 10 kilo. Nie miałem wagi i to był błąd. Pewnego dnia gościnnie u moich rodziców skorzystałem z tego urządzenia: Ponad 120 kg! Pobladłem. Doszedłem do wniosku, że coś z tym trzeba zrobić.

Początki były najprostsze. Wystarczyło przestać pić słodzone napoje, ograniczyć frytki i hamburgery. W kilka tygodni straciłem z dobrą piątkę. Potem kolejną i waga zatrzymała się w miejscu. Przy 110 kg było lepiej, ale nadal sprowadzało się to do tego, że całe moje ciało jest zalane tłuszczem. To nie była tylko kwestia brzucha. Wyglądałem jak napuchnięty.

Trzeba było zacząć działać nieco szerzej. Kumpel namówił mnie na dołączenie do klubu fitness (dzięki Grzesiek). Dostałem personalnego trenera i dokładny plan. W dwa miesiące -5 kg i znów pauza masy. Widziałem, że im dalej w las tym trudniej. Tym bardziej, że zaczynałem tracić motywację do działania. Miałem operację ortopedyczną, następnie przyplątała się do mnie choroba, którą po prostu zajadałem. Tak, żarcie jest formą nagradzania samego siebie za trudy życia. To jest bardzo słabe. Jak masz gorszy okres staraj się żale wylewać, ale w postaci potu. Teraz to wiem i życie z tą wiedzą bardzo mi pomaga walczyć ze stresem.

Martwy punkt

Najtrudniej było mi w przedziale od 105 do 100 kg. Długo huśtałem się pomiędzy tymi liczbami. Nie trzymałem diety, ale ostro trenowałem – bieganie, basen, ogólnorozwojówka, 6 razy w tygodniu. Mimo, iż waga pozostawała bez zmian to widziałem, że zmieniają się proporcje. Zaczęły kiełkować mięśnie. Najwięcej dał mi basen. Pływanie bardzo rozbudowało klatę, ramiona i tricepsy, przez co brzuch był mniej widoczny. Skład masy też się zmieniał. Widziałem po twarzy czy dłoniach, że tłuszcz po prostu znika. Powoli, ale znika.

Kolarstwo dało dodatkową motywację do działania

W sumie tak z głupa kupiłem rower szosowy. Ja tak mam. Przypałęta się do mnie jakaś myśl i zaczynam realizować plan. Oczywiście początki na szosie nie były łatwe, choć czułem, że basen dał dobry fundament wydolnościowy. Bardzo się wkręciłem w rower. Jak za dzieciaka. Jako nastolatek wsiadałem na rower w marcu i schodziłem z niego listopadzie. Teraz czułem, że historia zatacza koło. Dosłownie. Na szosie nie jeździłem rekreacyjnie. Nie umiem tak. Zacząłem po prostu trenować. Każdego dnia walczyć ze sobą i słabościami. Także z masą, która jak wiadomo nie sprzyja efektywnej jeździe. Potem pojawił się kolejny i jeszcze następny rower, zajawka była coraz większa… aż doszedłem do wniosku, że muszę koniecznie zejść poniżej 100 kg. Po co? Nie dla wyglądu. Dla wyższych prędkości. To była moja motywacja

Ostateczny plan walki z balastem

Jak coś postanowię to robię to natychmiast. Cel? Zejść poniżej 90 kg. Zrobiłem to w niemal 2 miesiące. Jak? Zerojedynkowo. Zero zamawianego żarcia, podjadania, słodyczy, słonych przekąsek, pistacji, pizzy, białego pieczywa, sera żółtego, mięsa, alkoholu… Oddałem znajomym całą kolekcję piw kraftowych (jak ja mogłem pozbyć się leżakowanego barley wine, stoutów i porterów), a w zamian kupiłem tonę kasz, skrzynkę pomidorów, buraków (kanibalizm), sałaty, łososia, kefirów, jajek, ogórków, serków wiejskich, szczypiorku, cebuli, fasoli, mrożonych zup i warzyw… Wiem, to koszmarne połączenie. Jednak dla mnie bardzo praktyczne. Nie umiem gotować, ale z takiego repozytorium zawsze jestem w stanie zrobić coś z jednej strony zbilansowanego, a z drugiej zapychającego. Uwierz mi, że nawet po przejechaniu 100 km na rowerze dwa worki kaszy gryczanej i sałatka zapcha na dobre kilka godzin.

Po pierwszych dwóch tygodniach zjechałem 8 kilogramów. Niemal codzienne ostre treningi na szosie (średnio 240 km tygodniowo) w połączeniu z warzywami i nabiałem zrobiły cuda. Wiem, że tempo chudnięcia nie było zbyt optymalne. Jednak po 14 dniach waga zaczęła mniej ochoczo pokazywać niższe wartości. Schodziły mi później 2 kilogramy tygodniowo, aż w pewnym momencie ujrzałem 88, a teraz 86 kilogramów. Przy tym nie boję się efektu jojo. Dlaczego? Ponieważ taki plan treningowy nie pozwoli na drastyczny przyrost masy nawet kiedy wróciłbym do beztroskiego żarcia. Dowód? Przez ostatnie 3 lata nie przytyłem ani grama. Zmieniała się tylko krzywa dynamiki redukcji masy. Po drugie – nie mam zamiaru dobić do docelowej wagi np. 80 kg i nagle stwierdzić „OK, to teraz mogę zacząć żreć i rzucić sport”. To moim zdaniem ważne postanowienie. Dlatego przestrzegam Was przed takim tokiem rozumowania. Jeśli masz skłonności do tycia to do końca życia musisz uważać na to co jesz i ile trenujesz. Nie można z dnia na dzień wrócić do dawnych błędów.

Oczywiście to nie oznacza, że postanowiłem do końca swoich dni nie chodzić na alkoholowe imprezy, albo unikać działu ze słodyczami. Chodzi mi jedynie o osiągnięcie punktu równowagi. Chcę z jednej strony czuć się dobrze, mieć optymalny skład i masę ciała, a przy tym stale pozostawać w rygorze treningowym. Wówczas będę mógł jeść normalnie i przyjmować nawet 3500 kcal na dobę bez ryzyka przybrania ani grama. Czego i Tobie życzę!

 

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
87%
Interesujące
13%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%
3 Komentarze

Podziel się opinią