Opinie
Aktualnie czytasz:
Rekreacyjne 100 km na rowerze szosowym. Jak się przygotować do dłuższej wyprawy rowerowej?
0

Cześć. Dzisiaj weekendowa rekreacyjna setka po Mazowszu. Moment, moment? Ile? 100 kilometrów? Czy to dużo? I tak i nie. Jeden powie, że to rozgrzewka, a dla kogo innego to będzie cel tygodniowy. No to możemy zaczynać nasz wspólny płaski wypad przy tak pięknej i słonecznej pogodzie.

Moje przygotowania to przede wszystkim płyny. W jednym bidonie mam izotonik a w drugim zwykłą wodę. Choć i tak 1.5 litra to będzie za mało w pełnym słońcu. Numer dwa to u mnie mocne światła. Nawet w dzień. Mam zwracać na siebie uwagę w gąszczu innych uczestników ruchu. Na pozycji czwartej są u mnie gacie. Te z CCC mają grubą i gęstą wkładkę i jak dla mnie są bardzo wygodne, nawet po 3 godzinach na siodełku. Przed każdą taką wyprawą sprawdzam też koła i pompuję do niemal maksymalnej wartości podanej przez producenta.

To co moim zdaniem jest najważniejsze podczas takiej jazdy to wrzucenie na luz, zwłaszcza na początku. Jak zgotuję się na początku to potem może się okazać, że wybije nam korki na powrocie. Dlatego patrzę na tętno i staram się jechać w okolicach 140 uderzeń. W moim przypadku daje mi to przelotową prędkość w okolicach 32-33 km/h. Dzisiaj też trzymam się reguły, że ignoruję zdecydowaną większość segmentów. Na przykład na tym zjeździe przestaję pedałować, za to podnoszę tyłek, składam się i uzupełniam płyny. Te 30 sekund odpoczynku naprawdę dużo mi daje i pozwala przez cały dystans po prostu zbalansować energię.

A to już słynna hopka w Wólce. W tym regionie nawet 5% nachylenia przez 300 metrów to już jest coś. A tak na serio – to fajne miejsce do robienia szybkich interwałów. Pozostaje jeszcze tylko przejazd przez Górę Kalwarię, która jest zawsze zakorkowana i potem już z górki. Dosłownie.

Na tej prostej jest świetny asfalt, ale też nieco większy ruch ze względu na który chcę jeździć na światłach także w dzień. Praktycznie aż do samego Magnuszewa teraz jest delikatnie pofałdowany, dlatego nie ma aż takiej monotonii. Większość wzniesień da się praktycznie pokonać z rozpędu. Dookoła można oglądać sady, których tutaj jest od groma.

Dolatuję w końcu do ronda i kierujemy się razem w kierunku na Sandomierz drogą 78. Tutaj na tych asfaltach jest już dużo spokojniej. 2-3 kilometry dalej jest zarąbisty zjazd na którym sprinterzy są w stanie sieknąć nawet 90 km/h.

Kawałek dalej przecinamy most na Pilicy. Za nim pojawili się polscy drogowcy, którzy nie dalej jak 2-3 tygodnie temu zrobili coś takiego. To smoła na którą nałożono takie małe kamyczki, które latają wszędzie dookoła. Co chwilę słychać jak uderza coś o ramę kask i blendę. Co najgorsze ta nawierzchnia ma strukturę karpatki. Nie chodzi o to, że ten „asfalt” jest szorstki. To jest po prostu jedna wielka zmarszczka. Nie da się tutaj jechać na szosówce więcej, jak 30 km/h. Dramat. Jak dojechałem do domu to musiałem wziąć klucz i sprawdzić czy nic się nie poluzowało. I miałem rację – dokręcałem potem stery i mostek.

Jesteśmy już w Magnuszewie. Przejechaliśmy już 48 km. Czas na uzupełnienie zapasów wody. Temperatura sięga 27 stopni, stąd warto pić za dużo, niż za mało. Robię 5 minut przerwy. Wypijam sok pomarańczowy dla poprawy witalności i pochłonięcia odrobiny węgli oraz uzupełniam bidon wodą mineralną. Mineralną, a nie źródlaną. To różnica.

Jedziemy dalej. Z drogi 79 skręcamy na powiatówkę 736 w kierunku na Warkę. Tutaj jest już sielanka. Bardzo dobre asfalty, ani jednej dziury i znikomy ruch. Po chwili na horyzoncie dostrzegam traktor. Ale jakiś dziwny, bo jadący podejrzanie szybko. Zmierzyłem go i wyszło po GPSie, że pruł czterdziestką. Niestety ta radość z draftowania za ciągnikiem nie trwała zbyt długo. Smuteczek.

Po kilku kilometrach dojeżdżam do skrzyżowania z drogą 730 i skręcam w prawo. Znów przecinamy Pilicę i widzimy Warkę. Na ulicy Mostowej uwaga na próg zwalniający oraz na tempo. Ten podjazd spokojnie jest do zrobienia na dużym blacie, tylko trzeba o nim zacząć myśleć zawczasu.

Przelatując przez Warkę zwracajmy uwagę na znaki i kierujmy się na Warszawę. Dalej wskakujemy na lekkie pagórki oraz jeden większy podjazd, który jest męczący przez swoją rozlazłość i dziury. Jednak teren ten jest sprawiedliwy i po chwili pojawia się odcinek lecący z lekkim spadkiem przez około 2 kilometry.

Tym sposobem dolecieliśmy do ronda i drogi 79, która dalej biegnie do Warszawy przez Kalwarię. Teraz widać, że w rzeczywistości zrobiliśmy małą pętlę wokół Warki i znajdujemy się na tej samej, którą jechaliśmy 1.5 godziny temu. Tym sposobem mamy już na karku około 75 kilometrów. Do domu około 26, co powinno się udać zrobić w mniej więcej 45 minut.

Dolatując do Góry Kalwarii mijamy Grill Bar, kiedyś coś tu próbowałem zjeść, ale w sumie wyszło drogo i mało smacznie. Może nie miałem zbytnio szczęścia. W sumie to podczas takiej traski nie polecam jedzenia ciężkich rzeczy. Potrawy lubią wracać i przypominać się podczas wysiłku.

Jesteśmy w Kalwarii, na szczęście nieco się odkorkowała. Jednak inne zagrożenia wciąż są aktualne. Uważajcie na te dziury. Wjazd w coś takiego może oznaczać spore wydatki. Z kolei na tym skrzyżowaniu opcje są dwie. Jeśli ktoś z Was wraca do Warszawy to może jechać prosto, albo przez Konstancin. To lepszy wybór, tutaj nie ma takiego ścisku i przede wszystkim tylu ciężarówek. Jest też ciekawsze ukształtowanie terenu. Na przykład taki zjazd w Wólce i finałowy podjazd pod Kawęczyn. Kilkanaście kilometrów dalej przekraczamy rogatki Konstancina, a stąd jest wiele fantastycznych dróg do Stolicy. Ja jednak kończę tutaj i mam już nieco dość jazdy na dziś. 3 godziny 15 wystarczy. Łącznie wspólnie pokonaliśmy 101 km. Wielkie dzięki i do zobaczenia na szosie!

Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
13%
Interesujące
75%
heh...
13%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%

Podziel się opinią