Wideo
Aktualnie czytasz:
ŻTC Grójec 2018: Nic tak nie motywuje jak porażka
0

Dzisiaj jestem w Grójcu. To mój debiut w wyścigu ŻTC. Cały czas sobie powtarzam, że mam być wyluzowany. Chcę to potraktować jako doświadczenie bez względu na miejsce w rankingu. Na szczęście jest ze mną kumpel – Karol to stary wyjadacz, który odpowiada za moje przygotowanie merytoryczne. Im więcej mówi, tym bardziej się denerwuje. Chyba najbardziej boję się leżenia, tym bardziej na samym początku sezonu. Już podczas dojazdu do ostrego startu mówię sobie, że bezpieczeństwo jest najważniejsze i nie zawsze warto ryzykować. Swoją drogą taki przejazd honorowy całego peletonu przez miasto to fajna rozgrzewka i przełączenie mózgu w tryb pełnego skupienia.

Możemy startować. Byłem naiwny myśląc, że początek będzie lekki. Od razu poszedł taki ogień, że 350W i 174 tętna nie wystarczyło do utrzymania się w grupie. Największy problem mam z jazdą w peletonie po winklach. Boję się kraksy jak cholera i za bardzo puszczam koła. Tymczasem powinienem się tutaj na maska skoncentrować, tym bardziej po przejechaniu zakrętu i od razu zaczynać sprint. Będę musiał to wyćwiczyć. Każde takie oderwanie się od grupy to dla mnie potężny wysiłek i realna strata energii. Na szczęście udaje mi się dogonić mniejszą grupę, dzięki której udaje mi się złapać nieco oddechu. Musicie wiedzieć, że tego dnia panował morderczy wiatr, który doprowadził do kilku szlifów i także skutecznie utrudniał samotną jazdę.

Za mną pierwsze okrążenie i znów ten sam błąd. Dokładnie na tym samym nawrocie urywam się, jednak tym razem nie mam już siły na dospawanie się do peletonu. Taka samotna walka to świetny moment do kontemplacji nad własnym trzepackim losem. Natychmiastowa analiza błędów, niedoskonałości i wyciąganie wniosków. Przypominają mi się pierwsze ustawki na Zwift gdzie działo się identycznie. Najważniejsze to jednak się nie poddawać i nie tracić motywacji. Tę mi odejmuje także mój suport, który znów zaczyna wydawać z siebie niezidentyfikowane, wnerwiające mnie dźwięki. Jednak chrzanić to – cokolwiek się wydarzyło muszę trzymać tempo i dawać z siebie wszystko. Choć z drugiej strony powiem Wam, że w pewnym momencie mój organizm przełączył się na tryb surwiwalowy. Unormowałem moc samotnej walki na poziomie 240 watów i tak leciałem kolejne 2 okrążenia. Jechałem bezwiednie. W głowie nastała absolutna pustka. Prawdę mówiąc to nawet nie byłem w stanie ocenić ile zrobiłem okrążeń. Było mi wszystko jedno. Do tego stopnia, że naprawdę walnąłem błąd w obliczeniach. Jedynym pocieszeniem był świeżo wyliczony FTP i nowy rekord średniej mocy z 20 minut.

Wnioski płyną bardzo proste. Muszę trenować bardziej selektywnie. Ćwiczyć sprinty, technikę jazdy w peletonie oraz oczywiście siłę mięśniową. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Już nie mogę się doczekać kolejnego startu.

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
33%
Interesujące
0%
heh...
67%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%