Wideo
Aktualnie czytasz:
Zwift morderca. Rowerowy trening interwałowy na trenażerze i Zwifcie
1

Zwift to nie tylko zwiedzanie widoków, wspólne przejażdżki ze znajomymi czy eventy. Tutaj także możecie skorzystać dziesiątek planów treningowych, albo skonfigurować taki samodzielnie. Bardziej lub mniej udolnie.

Ja dzisiaj robię godzinny trening interwałowy, który oczywiście zawiera w sobie solidną rozgrzewkę, która będzie trwała 10 minut w strefie 200 – 220 W. Nie regulujcie odbiorników, za to klatkowanie odpowiada mój komputer, którego procesor męczy się bardziej ode mnie.

Zwłaszcza, że mój dzisiejszy eksperymentalny plan treningowy ma wiele wad. Po pierwsze przesadziłem z tempem rozgrzewki i uważam, że straciłem na niej zbyt dużo energii, ale o tym za chwilę.

Po przejechaniu pierwszej bramki rozpoczynam pierwszy cykl czterech, minutowych interwałów na poziomie 380 W. Niestety nie zauważyłem kolejnego błędu – nie zmieniłem domyślnej kadencji w szablonie treningu z 90 na 100 obrotów korbą.

Teraz 5 minut odpoczynku przy 150 W. To bardzo spokojne tempo regeneracyjne. Muszę przede wszystkim obniżyć swoje tętno i ochłonąć. Zbliżam się do kolejnej bramki i rozpoczynam drugi, identyczny interwał. Tętno ze 130 szybko rośnie do 160, ale nie mam większych problemów (jeszcze) z trzymaniem stabilnej mocy.

Teraz łyk wody z BCAA oraz minerałami i kolejna strefa relaksu dla mięśni i serca. Tak w ogóle nie wiem czy zaważyliście, że mam przed rowerem headup display. Dobry bajer, nie?

W międzyczasie zbliżamy się do czwartego minutowego interwału 380 W. Tutaj widać już moje pierwsze problemy i coraz wyższe tętno na wyjściu. Jednak to nawet nie połowa dzisiejszego treningu.

Druga partia interwałów to juz gruba przesada. Z głupa zaplanowałem pięć razy po 490 watów! Ja już teraz czuję, że to awykonalne w moim wydaniu. To jest po prostu iście w trupa. Tylko przez 30 sekund książkowo trzymam się założonej strefy, potem tracę parę, a serce wali jak komornik do drzwi dłużnika i dochodząc do 174 BPM mam ciemno przed oczami.

Odpoczywam i lecę drugie podejście. Znów po 30 sekundach wybija mi korki. No nie jestem w stanie. W tym momencie uczę się pokory. Przede mną tej zimy naprawdę wiele do zrobienia.

Po 5 minutach przedostatnie podejście. Patrzcie na tętno – jak nieproporcjonalnie szybko rośnie w stosunku do mocy. To jedna z oznak bliskiego końca moich możliwości podczas tego treningu. Tyle, że to jednak nie koniec. Przede mną jeszcze jedno podejście. Jednak wcześniej regeneracja. Przy 150 watach notuję 140 uderzeń na minutę. To jest masakra. Niebezpiecznie spada mi też kadencja podczas odpoczynku. Serce i mięśnie mają dość.

Ostatni interwał – daję z siebie totalnie wszystko co mam, wstaję z pedałów i olewam kadencję. Sił starczyło na 31 sekund. Potem najzwyczajniej kompletnie się poddałem.

Pora na podsumowanie tego morderczego jak dla mnie treningu, który w przyszłości będę musiał nieco poprawić, bo poszedłem zbyt ambitnie. Popatrzcie na wykres. Widać, że ostatni 4 interwały były zdecydowani krótsze przy coraz wyższym tętnie szczytowym. Widać doskonale, że dokładnie po przekroczeniu 170 uderzeń serca na minutę wywala mi prąd. Oczywiście nie zmienia to faktu, że czuję ogromną satysfakcję z tego co dzisiaj udało się zrobić, pomimo tego, że skrajnie mi się nie chciało trenować. Następnym razem na pewno zmienię cykle interwałowe z 490 do bardziej realnych 450 watów. Obniżę też limit mocy podczas rozgrzewki, bo zbyt wiele sił straciłem w pierwszych minutach. Wtedy powinno udać się książkowo trzymać 60 sekund podczas 9 cykli.

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
100%
Interesujące
0%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%
1 Komentarze

Podziel się opinią