Opinie
Aktualnie czytasz:
100 kilometrów na rowerze: Setka jest bez sensu, ale ma swoje zalety
0

Jest sobota, 10:30, oglądam właśnie film o kolesiu co biega 365 dni w roku. Jest mega kozakiem. To co lubię najbardziej w weekend to ta nieśpieszna kawa łóżku. Dziś nie ma żadnej ustawki, ani zawodów, ani skomplikowanego treningu. Dlatego mogę się spokojnie wyspać, zwlec się kiedy chce.

Nim wyjadę robię jeszcze jedną kawę, jem coś małego, biorę zalecane mi żelazo, przygotowuje dużo wody i idę cieszyć się słońcem bez konkretnego kolarskiego celu.

Zacznę od brutalnej prawdy. Robienie na raz 100 czy nawet 200 kilometrów na rowerze w tlenie nic nie wnosi do mojego planu treningowego, prócz dopalania tłuszczu. Dzięki temu nie jestem ani szybszy, ani lepszy. Wręcz przeciwnie. Dlatego rzadko porywam się na takie wędrówki. Wyjątkowo pod tym względem także Garmin ma rację.

Wiem, że krwawią uszy wielu, zwłaszcza ludziom, którzy specjalizują się w dystansach i tatuują po ścianach swych Facebooków rekordy dystansów. Tylko mnie nie zrozumcie źle. Lubię długie wypady, jednak o wiele więcej przyjemności sprawiają mi czasówki, interwały czy latanie po segmentach. Inaczej trochę mi się nudzi. Dodatkowo zaciągam kredyt sił na poczet mocniejszych treningów. Rozumiecie co mam na myśli? Jeśli ktoś nie chce walczyć o waty i prędkość to nie ma to znaczenia i olejcie to co mówię powyżej.

Nie mniej w moim przypadku w ten weekend jest trochę inaczej, bo od niepamiętnych czasów świeci słońce, a srajfon nie zapowiada trąb powietrznych na trasie. To zarąbista okazja do syntetyzowania witaminy D, lansowania się po kolarskich okolicach Mazowsza i pracowania nad piękną kolarską opalenizną. Wybrałem dzisiaj komplet składający się z granatowych spodenek Raso, ta koszulka to POC Raceday, skarpetki Accent i rękawiczki aero z Decathlonu za 50 zł, choć wyglądają jak te za 700. Z POCa do kompletu też kask i okulary dla nieco lepszej wentylacji w ten upalny dzień.

Nie zapomniałem też o spontanicznym nastawieniu do dzisiejszej jazdy. Dlatego zapominam o pomiarze mocy, wskazaniach prędkości i jadę tak jak podaje noga. Czasem mocniej, czasem słabiej, jak jest pod górkę to robię to na malutkim blacie, jak z górki to nie dokręcam. Dzisiaj nie jadę nogami tylko głową dla cieszenia się słońcem. To jest właściwie jedyny cel. Czasem tak trzeba dla wywietrzenia głowy, albo dla spalenia nadmiaru kalorii, pod warunkiem, że za chwilę tego nie uzupełnicie kratą browarów. Wtedy nie ma się co dziwić, że się nie chudnie. Można takie traski kręcić codziennie i dalej mieć nadwagę na co ja kiedyś byłem idealnym przykładem.

To oczywiście nie zmienia faktu, że na takiej wyprawie jeść trzeba, najlepiej zabrać nieco złociszy i ewentualnie lekkie węgle oraz coś z sodem, potasem, bo choć pot może nie leje się strumieniami, to tracimy mnóstwo wody i minerałów.

W każdym razie chciałem podkreślić, że najważniejsze jest, aby jeździć dla siebie, a nie na pokaz innym. Strasznie drażnią mnie przechwałki typu – a co to jest setka, ja zrobiłem 300 kilometrów, a kto inny 1200. Mi to nie specjalnie imponuje, bo mam zupełnie inne cele i co innego daje mi satysfakcję. Każdy jest w stanie zrobić setkę, dwie i trzy. Wszystko jest tylko kwestią czasu i motywu działań. Ja swój sobotni cel spełniłem. Nie miałem żadnego celu prócz żądzy odreagowania stresu.

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
80%
Interesujące
13%
heh...
0%
Że co?
7%
Grrrr!
0%
Smutne
0%