Wideo
Aktualnie czytasz:
Ponad 100 osób nie dało rady ukończyć zawodów. Piekielny Ironman Gdynia 2019 (relacja)
0

Cześć. Tutaj Leszek. Dzisiaj w drodze na Ironman Gdynia 2019. Dotarłem do miasteczka triathlonowego. Piękna pogoda, prawda? W takich warunkach czystą przyjemnością jest odbieranie pakietu, robienie sobie pamiątkowej fotki dla ochrony obiektu czy wstawianie sprzętu do strefy zmian. Pięknie tutaj, także nocą, pod osłoną której Gdynia zmieniła swoje oblicze…

Leżąc w łóżku nie byłem świadomy tego co zaczyna się za oknem. Z każdą minutą deszcz i wiatr jest coraz mocniejszy. Woda w zatoce zaczyna się coraz bardziej denerwować. Ja też. Nie spodziewałem się załamania pogody i tak silnego wiatru. Tu już nie chodzi o komfort. Nie myślę o tym. Bardziej przeraża mnie wzburzone morze. Zaczyna do mnie docierać to na co się zdecydowałem. Myślałem, że wszystkie lęki mam już ogarnięte. Potwory wracają zmuszając się do trzech wizyt kontemplacyjnych w odosobnieniu. Przez to zaczynam mieć też mało czasu na rozgrzewkę i oswojenie się z wodą. Pamiętajcie, nigdy w dniu zawodów nie startujcie na sucho. Pozwólcie głowie i ciału przyzwyczaić się do wody.

Po minięciu pierwszej pomarańczowej boi zaczynało się prawdziwe piekło. Po przepłynięciu 200 metrów pojawiły się ponad metrowe fale, ogromny wiatr, wzmogła się ulewa. W jednym miejscu kilkaset osób. Walczysz o to, żeby w ogóle płynąć i pilnujesz swojego metra kwadratowego jak enklawy. Co chwilę ktoś cię kopie, podtapia, zalewa woda, dookoła szaleją ratownicy i nie wiesz gdzie płynąć. Każdy oddech jest na wagę złota. W naszej grupie około 40 osób wyłowiono na kajaki WOPRowców. Druga grupa miała jeszcze mniej szczęścia. Tam o pomoc wołało 60 osób jednocześnie, bo fale okazały się jeszcze gorsze. Podobno w panice ludzie łapali się wszystkiego i wszystkich.

Takiego hardcoreu w wodzie jeszcze nigdy nie przeżyłem i nie życzę tego nikomu. Kompletnie nie mam pojęcia jak to przetrwałem. Uratowało mnie chyba tylko to, że ustawiłem się z przodu razem z bardziej doświadczonymi, którzy byli pewniejsi siebie i nie wzmagali paniki. Ta lekcja okazała się bardzo cenna. Wydaje mi się, że już nic nigdy mnie nie zaskoczy. Pływanie w jeziorze przy tym to lepienie babek w piaskownicy. Panika brała mnie po drodze z trzy razy. Zrobiłem jedną przerwę na 20 sekund i odwróciłem się na plecy po minięciu pierwszego zakrętu. Uspokoiłem oddech i poczekałem aż się zrobi większy luz przede mną. Kajaki ratownicze odpłynęły do tych na tyłach i straciłem z oczu czerwony kolor nadziei. Zacząłem płynąć dalej co trwało w nieskończoność. Udało się wyjść po z wody dopiero po 18 minutach. Przez chwilę byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Ulga była potężna. Tym bardziej, że także nikt inny się nie utopił.

W strefie zmian porwałem swoje rzeczy i rower. Wiatr wiał ze wszystkich stron i dalej trwała ulewa. Byłem rozdygotany i w szoku. Wiedziałem tylko, że mam jechać i pilnować serca.

Trasa jest bardzo trudna i techniczna. Do tego deszcz, opony typu slick, które na szczęście nabiłem na tylko 8 atmosfer a nie 10. Świadkowie mówili o dziesiątkach szlifów na trasie.

Kto miał dysk i mało doświadczenia na TT ten miał duże szanse na glebę. Na tej trasie w tych warunkach na rowerze czasowym można było właściwie tylko stracić moim zdaniem. Mało prostych, ostre zakręty, bardzo silny wiatr z nagłymi porywami. Do tego kałuże pod którymi nie wiadomo co się kryje. Patrzyłem jak najdalej przed siebie i non stop planowałem każdy swój ruch.  Nie byłem w stanie skupić się na mocy, ani prędkości czy tętnie. Byłem tak nabuzowany adrenaliną, że jechałem na autopilocie. Wyprzedzałem wszystko co się rusza. Nie wiem skąd jeszcze miałem na to siły, bo woda wyssała ze mnie całą energię mentalną i fizyczną.

Powoli przestaje padać, ale zaczyna się wzmagać boczny wiatr. Do tego pojawiają się kolejne winkle po 90 stopni na których jest gęsto od zawodników. Uważam na siebie i innych, bo można leżeć nie tylko za swoje winy.

Na połowie drugiej rundy włączyła mi się rywalizacja, bo pojawił się zawodnik, który nie chciał się wyprzedzić. To piękna motywacja na trasie, bo wyrywa z monotonii w którą można popaść pod koniec etapu. Etapu, który pięknie skopałem nie zauważając zjazdu do strefy zmian przez co tracę 50 sekund. Musiałem się zatrzymać za zakrętem i zawrócić. Dramat. Kiedyś mi się to śniło. Jednak dzisiaj nie gniewam się na siebie za to. To nic, postaram się to nadrobić na biegu, choć wynik jest beznadziejny. Czas 35 minut, średnia 36, moc 257 W. Wszystko źle.

5 km biegu zajmuje mi z kolei 21 minut w tempie 4:25, choć trasa także nie była płaska. Ratuje niska temperatura 13 stopni i wkurzenie.

Wpadam na metę i najchętniej bym się rozbeczał z nadmiaru emocji. Ciężko mi to wszystko opisać, bo to było najbardziej pouczające 81 minut w moim życiu. Nie wiem jak się udało.

To po co to idioto robiłeś? Nie da się tego wytłumaczyć. Chyba po to, aby poczuć to co czuję w tym momencie kiedy przekraczam metę. Nieważne z jakim wynikiem. To jest euforia. Uczta dla endorfin. Hartowanie charakteru i ciała, bo wierzę, że każde takie doświadczenie pomaga być lepszym na codzień w każdej dziedzinie życia. To zmienia człowieka. Jakimś cudem byłem 31 w M30 i 168 open na 747 pozycji.

To nie były najtrudniejsze zawody tylko dla mnie. Nawet o wiele bardziej doświadczeni zawodnicy mówili, że nigdy czegoś takiego w wodzie nie przeżyli. Gratuluje wszystkim, którzy podjęli próbę, bez względu na rezultat w takich warunkach. Mega szacunek dla ludzi, którzy nie dali rady w wodzie, wiem co czuliście i to także cenna lekcja na przyszłość dla nas wszystkich. Lekcja pokory, przekroczenie naraz wielu granic. Ja już wody się nie boję, bo nie wierzę, że kiedykolwiek spotkam trudniejsze warunki.

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
100%
Interesujące
0%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%