Wideo
Aktualnie czytasz:
Tour de Rybnik 2018: Zaskakująca kraksa na pierwszych metrach i błędy podczas jazdy w peletonie
0

Moje tegoroczne przygotowania do Tour de Rybnik to kolejne godziny treningu i budowanie szczytu formy, którego prawdę mówiąc nie czułem dojeżdżając na miejsce. Śląsk wita deszczem i mokrymi asfaltami, co nie motywuje do dzisiejszego startu w okolicznej Czernicy.

Humor poprawiają węglowodany, które już są w moim brzuchu, a wszystko uzupełniam bardzo lekką zupą na dwie godziny przed startem. Potem jeszcze w strugach deszczu odbiór pakietu startowego – w nim m.in. te oto fajne skarpetki. Teraz nie pozostaje nic innego jak montaż numerów i przygotowanie siebie oraz sprzętu do zawodów. Jak się za kilka chwil okaże to bardzo ważne i może zadecydować o wszystkim. Nie wyobrażam sobie też startu bez pulsometru. Oczywiście moc jest najważniejsza, jednak bez wskazań tętna działamy trochę po omacku. Na zawodach puls jest zawsze nieco wyższy, bo dochodzi stres i adrenalina. Muszę się pilnować, aby nie przekraczać swojego progu, bo to grozi odcinkami prądu.

Na koniec jeszcze izotoniki, ponad litr łącznie. Zawsze zabieram dużo wody, bez względu na temperaturę. Tutaj masa nie ma aż tak dużego znaczenia, a ewentualne braki wody mogą skończyć się tragicznie.

Oczywiście przed startem nie zapominamy o kolejnym sprawdzeniu roweru – czy działają wszystkie biegi, hamulce, czy koła są dobrze zaciśnięte oraz czy gadają wszystkie czujniki. Potem można polecieć na 15 minutową rozgrzewkę, która przygotuje serce i mięśnie do intensywnej pracy.

Do przejechania są trzy rundy po 26 km. Już 300 metrów za linią startu doszło do pierwszej kraksy. Jeden z zawodników najprawdopodobniej stracił łańcuch, albo został mocniej liźnięty przez innego kolarza. Wszystko działo się centymetry ode mnie i momentalnie peleton bardzo mocno się rozciągnął. Łącznie leżało kilka osób. Chwila dekoncentracji kosztowała mnie sporo sił, bo świeże czoło nagle zbudowało 100 metrów przewagi do zaspawania. Niestety to zadanie spoczęło na moich nogach, a odrobienie straty wymusiło wejście w strefę 300-350 watów, co wywaliło moje tętno do poziomu 170 uderzeń na dzień dobry wyścigu.

Unknown-3

Zawsze taka bliska kraksa wpływa w jakiś sposób na motywację do dalszej jazdy. Siłą rzeczy człowiek staje się bardziej zachowawczy i mniej brawurowy. Z drugiej – to daje do myślenia w jaki sposób brak dbałości o stan techniczny roweru, albo brak koncentracji może już na wstępie wpłynąć na nasze wyniki czy zdrowie swoje oraz innych rywali. Tym bardziej w przypadku takich technicznych i szybkich tras jak ta. Przeciętne tempo peletonu to 45-47 km/h a na zjazdach ponad 60. Tutaj nie ma miejsca na błędy, co jest bardzo wymagające nie tylko dla techniki, ale także głowy. Cały czas 100 procent koncentracji.

Trasa Tour de Rybnik była bardzo ciekawa i zróżnicowana. Bardzo dużo szybkich winkli i sporo krótkich podjazdów. Lokalni zawodnicy, posiadający dobry rekonesans okolicy mogli się czuć uradowani i wykazać sporą pewnością siebie. Duża ilość zakrętów to świetny sposób do treningu techniki jazdy w grupie. Mnóstwo okazji do szybkich sprintów przy naciąganiu się peletonu i nauka na własnych błędach. Nie ukrywam, że tutaj i tak jest jeszcze nienajgorzej. Chyba najcięższy pod tym względem był wyścig ŻTC w Przasnyszu, gdzie na jednej pętli było kilkanaście winkli 90%.

Tutaj oczywiście też takie były. To najtrudniejszy z nich. Mamy szybki zjazd i nagła redukcja z 63 km/h do 25, skręt a następnie podjazd. Znów grupa się naciąga, wchodzimy na 450-500 watów, stajemy na pedały i lecimy 38 km/h przy elewacji 5%. Staram się pilnować mocno koła, tym bardziej, że sporo zawodników jedzie mi na plecach. To nie był jeszcze największy wznios na rundzie. Trasa liczyła także nieco dłuższe wspinaczki, które redukowały prędkość peletonu do 34 km/h. Wtedy też zaczynały się formować pierwsze ucieczki, które mogły budować nawet minutę przewagi do głównej grupy.

Już pod koniec pierwszej pętli widoczne były pęknięcia, co również mi wdało się we znaki. Ta sytuacja jest idealną ilustracją konsekwencji trzymania się zbyt daleko czoła peletonu – czytaj mojego braku techniki. Nagle zawodnik przede mną traci koło i okazuje się, że nasza grupa dzieli się na dwie. Wtedy też trzeba trochę myśleć strategicznie i ocenić czy dany zawodnik da radę dociągnąć czy też należy go zmienić kosztem własnych rezerw mocy. Ja wychodzę z założenia, że nie chcę być aż takim egoistą i jeśli należy pomóc to nie czekam na resztę tylko sam wychodzę na zmianę dając innym draftować za moimi plecami.

Przed końcem pierwszej rundy jeszcze jeden mocniejszy winkiel i hopka bezpośrednio po nim. Kolejna okazja do mocniejszego depnięcia w korbę. Za chwilę ostry zjazd gdzie na liczniku przekraczamy 60 km/h, po to by za chwilę zwolnić podczas pierwszego minięcia lini mety, zlokalizowanej na lekkiej górce. Tuż po jej przekroczeniu najtrudniejszy odcinek trasy – ostro wprawo i około 7% pod górę na wąskim asfalcie. Tutaj za wczasu trzeba przygotować odpowiednią parę przełożeń i stawać na pedałach. Po chwili kolejny ostry i wąski winkiel, za nim równie ostry jazd. Cały peleton na drugiej rundzie czuje się dużo pewniej, w tym ja. Dlatego prędkość na bardziej technicznych odcinkach jeszcze wzrasta. Przy tym widać, że jest nieco mniej nerwowo i bez ciągłych szarpnięć. Moje tętno spada i nie przekraczam w tym momencie 135-140 uderzeń przy mocy znormalizowanej na poziomie 240 watów. Jedynie humor psują mi zawodnicy, którzy zapomnieli o tym, że mają w domu pralkę a w sklepie są dostępne bez ograniczeń antyperspiranty. Naprawdę jazda za niektórymi powodowała pieczenia oczu i nosa. Nie jestem francuskim pieskiem i rozumiem, że można się spocić na rowerze. Jednak rozgraniczajmy normalny zapach potu od aromatu brudu. Nie umiem tego zrozumieć, ale zmieńmy temat…

Analiza takich materiałów daje mi naprawdę dużo pod względem wyciągania wniosków ze wszystkich błędów. Znów możecie zauważyć jak muszę przejąć inicjatywę i zmarnować nieco energii na pogoń za peletonem. To wina mojej nieśmiałości i znów uczulam was – nie jeździjcie z tyłu grupy, bo ktoś przed wami zgubi koło reszty i zostaniecie na lodzie. Całe szczęście, że tego dnia mam spory zapas energii i jestem w stanie nadganiać. Nie mniej czasami może być tak, że tego typu akcja zaważy o losie w peletonie i o oderwaniu się na zawsze. Wiem coś o tym.

Dalsze kilometry wyglądały identycznie, z tym, że momentami zaczynał kropić deszcz, jednak na szczęście asfalt pozostał suchy. Mój GPS zliczył 76 kilometrów. Moc znormalizowana z całego dystansu wyniosła 245 W a prędkość 40,8. To po finiszu z peletonu dało mi 32 lokatę na 50 i 1:31 straty do zwycięzcy z odjazdu – Michała Nabiałka.

Unknown-2

To jeden z najfajniejszych wyścigów w jakich brałem udział. Bardzo ciekawa i szybka trasa. Przy tym dość urozmaicona, bo dająca ponad 200 metrów elewacji na rundzie. Zabezpieczenie też było na bardzo dobrym poziomie, podobnie jak organizacja całego wyścigu. Wbrew pozorom dopisała też pogoda, a temperatura była idealna do ścigania. Jak zwykle wychodzę z nowym bagażem przemyśleń i doświadczeń, które może w przyszłości dadzą mi możliwość wykazania się większym poziomem inicjatywy w peletonie. Do zobaczenia za rok. Będzie lepiej!

 

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
100%
Interesujące
0%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%