Wideo
Aktualnie czytasz:
Bielańska Czasówka ŻTC 2018: Moja pierwsza jazda indywidualna na czas
0

Dotychczas walczyć sam ze sobą mogłem jedynie na triathlonie. Dziś pierwszy raz startuję w time trialu, tym bardziej na tak nietypowym dystansie. Bielańska czasówka mierzy 5.6 km, przy tym trasa miejscami jest bardzo techniczna.

Najpierw jednak formalności. Dostaję numer startowy oznaczony cyfrą 1. Bardzo chciałbym, żeby to korelowało z zajętym tego dnia miejscem, jednak jestem realistą i wynik przewidziałem już kilka dni temu. Będzie taki jak zawsze, ale o tym trochę później. Nie wychodzę zbytnio myślami do przodu, jestem tu i teraz. Skupiam się na warunkach dziś panujących. Jest zimno, do tego bardzo mocno wieje z północy, co oznacza, że wiatr w trakcie zawodów będzie skierowany niemal dokładnie w twarz.

Pora na rekonesans połączony z solidną rozgrzewką. Trener polecił mi 40 minut jazdy bezpośrednio przed startem. Ta składa się z serii minutowych interwałów na poziomie docelowej mocy podczas startu. Mój cel to ustabilizowane 315 W przy kadencji 95 i tętnie 160. Czy się uda? Zobaczymy.

Na kilka minut przed godziną zero jeszcze jedna kontrola stanu technicznego i uzupełnienie docelowego ciśnienia. Dobijam do 9 atmosfer i stawiam się na starcie. Zawodnicy ruszają z minutową separacją w ustalonej kolejności. To jest ten moment kiedy pojawia się też stres. Widzę to po tętnie, które na dzień dobry wynosi 120.

Ruszam bardzo miękko, moim zdaniem błędem jest mocny sprint na pierwszych metrach. Dlatego m.in. startuje z małego blatu i bardzo stopniowo zmieniam przełożenia. Włączam maksymalną koncentrację, aby nie powtarzać głupich błędów z przeszłości i nie zgotować oraz zapiec się zaraz na samym początku. Wiatr wieje okrutnie z godziny dziesiątej, co już w przypadku stożka 60 jest bardzo odczuwalne. Tak samo jak jakość tego asfaltu. Czuję, że trochę przesadziłem z ciśnieniem i spokojnie mogłem wejść o jedną atmosferę niżej. Po 800 metrach stabilizuję już moc na docelowym poziomie co daje mi 40 km/h. Nie mając lemondek skupiam się na zajęciu jak najniższej pozycji. Dolny chwyt, łokcie do wewnątrz w zgięciu 90 stopni. Tak docieram do pierwszej szykany, redukuję dwie zębatki i po wyjściu z drugiego zakrętu staram się nie dokręcać zbyt mocno. Staram się bardzo progresywnie gospodarować mocą.

Znów pojawia się kiepskiej jakości asfalt, który skutecznie dekoncentruje, jednak po chwili udaje się wejść na poziom 40 km/h przy docelowej mocy. Po chwili lekki podjazd i zaraz za nim lekko z górki. Wykorzystuje ten moment na kilka sekund odpoczynku przed kolejną delikatną hopką. Tętno już zaczyna się ocierać o 170 uderzeń co w moim przypadku jest dość wysoką wartością. Moje maksimum to 185, przy którym zaczyna się zaciemniać obraz.

Dolatuję do pierwszych słupków, które bez rekonesansu mogłyby być zaskoczeniem. Widok matki z dzieckiem zaraz obok trasy trochę mnie wystraszył, co jest kolejnym, podświadomie popełnionym błędem. Kilka chwil później udaje mi się to delikatnie nadrobić, jednak znów pojawia się mocniejszy podmuch wiatru, który ograniczył moją prędkość. Na to nakłada się kolejny lekki wznios na którym wyprzedzam innego zawodnika. Tutaj też  najbardziej niebezpieczny fragment trasy. Krótki zjazd ze słupkami.

Zgodnie z moim chaotycznym planem od czwartego kilometra przestaję zwracać uwagę na tętno. Dojeżdżam do wąskiego winkla 90 stopni za którym do mety już tylko kilometr. Do samego finału będzie pod górkę. Zaczynam podnosić tyłek z siodełka. Miejscami jest 7 procent nachylenia, który zbił prędkość do 24 km/h przy 400 watach. Tętno 175, czuje lekkie pieczenie, kadencja spada. Do tego tracę osłonę od wiatru. Jeszcze jeden winkiel i 300 metrów do linii. Finisz jest naprawdę słaby i wpadam na metę z czasem 8:47 co daje mi 8 lokatę. Jestem dokładnie w środku stawki, co przepowiedziałem sobie już przed tygodniem. Średnia prędkość wyniosła 36.9, moc znormalizowana 325W, średnie tętno 166. Pojechałem niemal dokładnie tak samo jak podczas czwartkowego testu – symulacji czasówki. Delikatnie poprawiłem jedynie moc, jednak to zasługa finiszu na podjeździe i czołowego wiatru.

Jak wiadomo każdy pojechałby to lepiej. Czego zabrakło? No oczywiście FTP i roweru TT. Moim marzeniem jest przez kolejny rok poprawić swój wynik o 70 i przekroczyć granicę 340 W. To oczywiście będzie się wiązało z godzinami ostrego treningu poza strefą komfortu. Rozpoczynający się sezon trenażerowy z pewnością mi w tym pomoże, bo właśnie w domu najlepiej wykonywać ściśle określone ćwiczenia. Nie mniej, póki warunki będą pozwalały będę także korzystać z ustawek i pomocy innych zawodników, ganiając się po swojej okolicy. Wkrótce pokaże Wam mój ulubiony sposób na przełamywanie kolejnych granic w towarzystwie człowieka z FTP na poziomie 4.61 W/kg oraz nieustanną chęcią oddawania pokarmów górnym odcinkiem układu pokarmowego.

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
0%
Interesujące
0%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%