Wideo
Aktualnie czytasz:
II Mistrzostwa Polski Zwift. Wspaniała impreza i moja piękna katastrofa
0

Jeśli w sobotę wstaję o 7 to znaczy, że dzieje się coś ważnego. Śpieszę się do Ożarowa, do Klubu Kolarz gdzie wystartuje w Mistrzostwach Polski Zwift.

Jakbym był prawdziwym mężczyzną to na miejsce dojechałbym na rowerze. A tak samochodem mimo trudnych warunków (-10 stopni i śnieg) po kilku chwilach jestem na miejscu. Tutaj zaskakuje mnie poziom organizacji kierownictwa teamu Zwift PL.

Każdy ma do dyspozycji żele, batony, wodę, własną ramę z Elite Drivo i komputerem. Jedynie co mi pozostaje to wpiąć własne pedały, przebrać się i rozpocząć rozgrzewkę. Strategię na mistrzostwa mam prostą. Trzymać się głównego peletonu i zakończyć w połowie stawki, bez przesadnego wychylania się.

Niestety już na początku poczułem bolesny cios. Czujniki mojego trenażera na przemian przerywały i wznawiały połączenia. To i tak nie najgorsza sytuacja, bo inni w ogóle nie mogli wystartować. U mnie na szczęście krzywa mocy nie wyglądała najgorzej. Jednak nie zmienia to faktu, że po kilku dropach odczepiłem się od reszty i wylądowałem na szarym końcu. Przyczyną takiego stanu były najpewniej zakłócenia, wynikające z tego, że w jednym miejscu skumulowało się zbyt dużo elektroniki. Pole elektromagnetyczne w naszym pomieszczeniu było takie, że okolicznym mieszkańcom wiądł szczypiorek na parapetach.

Mimo wszystko nie poddaję się i staram się nadrobić zaległości będąc totalnie sam, bez wsparcia peletonu, który z każdą minuta oddalał się ode mnie coraz bardziej.

Waleczności w naszym teamie nie brakowało. Łącznie generowaliśmy tyle mocy, że Elektrownia Bełchatów postanowiła wyłączyć 2 i 3 blok węglowy na czas mistrzostw. Z kolei Kopalnia Soli w Wieliczce przesłała oficjalny list gratulacyjny, a okoliczna drogeria odświeżacz. W sumie nikt tego prezentu początkowo nie zakumał, jednak sugestia ta została później zrozumiana po prośbie okolicznych mieszkańców o zamknięcie okna.

Wśród całej ekipy nie brakowało naprawdę wybitnych zawodników, którzy zakończyli 70 kilometrową batalię na podium oraz w pierwszej i drugiej dziesiątce. Nie było łatwo, łącznie do przejechania było 69 km i 613 m wzniosu. Razem startowało ponad 200 zawodników z całej Polski. O moją lokatę nie pytajcie. Moja samotna walka zakończyła się z czasem dwóch godzin i 11 sekund, a na liście wyników byłem tak nisko, że aż boli mnie palec wskazujący od jej przewijania w dół.

Po przekroczeniu mety cała ekipa pojechała na after do Kolarski.eu. Były pamiątkowe zdjęcia, w tym z Pawłem – czarnym koniem mistrzostw, węglowodany i toast. Wszyscy oczywiście byli wykończeni, ale myślę, że tak jak ja – bardzo zadowoleni nie tylko z rezultatów, ale przede wszystkim zarąbistej zabawy w jeszcze lepszym gronie.

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
0%
Interesujące
100%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%