Wideo
Aktualnie czytasz:
Jak to jest nie być ostatnim podczas treningu na Zwift?
0

Dzisiejszy trening na Zwift zapowiada się ciężko. Najzwyczajniej w świecie nie chce mi się… Ubieram się i wsiadam na trenażer bez przekonania. Tym bardziej, że przede mną kolejna porcja interwałów z polską ekipą w ramach wirtualnego cyklu Twomarksport.

Do tego wszystkiego jeszcze okazuje się, że mój pulsometr też ma gorszy dzień. Czasami wywala mi focha i postanawia się nie zgłosić do zabawy. Dlatego już po starcie imprezy musiałem na szybko improwizować i skorzystać z Garminowego czujnika, który załapał bez najmniejszego problemu.

O dziwo polska impreza tym razem rozgrywa się w Londynie. Jednak pętelki dziś są nie do końca płaskie. To nie ma większego znaczenia, ponieważ ekipa nie jedzie w oparciu o prędkość czy dystans a o moc. Dokładnie stosunek mocy do masy każdego zawodnika. Plus pagórków jest taki, że za szczytem zawsze znajduje się zjazd na którym obie, albo jak w moim przypadku jedna kończyna odpoczywa. Momentami nawet całkowicie odpuszczam korby, co pozwala na uspokojenie serca.

Przy okazji drugiej pętli po ponad godzinie jazdy wchodzimy na 4 W/kg, co w moim przypadku daje ponad 300 watów mocy wkładanej w trenażer. Kilka minut jazdy w tym tempie zbliża mnie do tętna 165, co jest jeszcze dla mnie bezpieczne i o dziwo bez urwania udaje mi się po raz kolejny ukończyć Box Hill z czasem poniżej 10 minut. Za premią górską oczywiście czeka nagroda, znów na około 2 minuty można odpuścić korby, zająć pozycję aero, a resztę zrobi za nas grawitacja. Jednak w Zwift fizyka ma dziwne urojenie i pomimo zerowej mocy z niewiadomych przyczyn nasza grupa zaczyna się rwać. Podejrzewam, że tutaj jeszcze dużo zależy od masy kolarza i wybranego roweru. Po prostu na zjazdach trzeba być bardzo czujnym i obserwować wszystkich dookoła, żeby znowu nie zaspać tak jak ja. Właśnie w takiej sytuacji najłatwiej jest się urwać z grupy. Ja po prostu grzecznie czekałem na lidera, a kiedy już mnie zaczął doganiać to nie byłem w stanie synchronicznie podłączyć się pod grupę. Właśnie w takim momencie najprościej jest odpaść od reszty i być zmuszonym do samodzielnej gonitwy. To zazwyczaj jest dużo trudniejsze niż w tym przypadku, bo ekipa nie leci aktualnie z np. czterema watami na kilogram.

Czwartkowa końcówka zawsze oznacza postępujący ból. Ostatnie schodki są wymagające i lepiej trzymać się blisko lidera w pełnym skupieniu. Mimo 120 minut jazdy trzeba jeszcze przez kilka chwil utrzymać od 360 do ponad 400 watów. Tętno szybuje do 175, ale widzę ostatnio dużą poprawę jeśli chodzi o granicę odcięcia prądu. Ostatnie ostre treningi przesuwają możliwości organizmu. Cudem nie odpadłem dzisiaj i udało się poprawnie wykonać polecenia lidera. Też ten dzisiejszy event był trochę łatwiejszy od poprzedniego. To przez bonusowy odpoczynek na zjazdach, których wcześniej nie było.

Nie mniej satysfakcja jest ogromna i obyło się bez inhalatora. Cieszę się tym bardziej, że byłem naprawdę w podłym nastroju i totalnej rowerowej apatii. Znów utwierdziłem się w przekonaniu, że im bardziej się nie chce, tym bardziej trzeba się zmusić. Choćby dla poprawy samopoczucia.

 

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
100%
Interesujące
0%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%

Podziel się opinią