Opinie
Aktualnie czytasz:
Największym wrogiem serwisów rowerowych jest wzrost popularności rowerów w Polsce
3

Nigdy nie sądziłem, że poszukiwanie sprawdzonego serwisu rowerowego będzie tak trudne. Myślałem, że przez ostatnie 20 lat wiele się na rynku zmieniło. Przede wszystkim jakość usług oraz obsługa. Dziś wiem, że się myliłem.

Ta historia rozpoczyna się jeszcze przed sezonem 2017. To był idealny moment na zakup nowego roweru szosowego o wymarzonej przeze mnie specyfikacji. Maszyna dotarła do mojego domu w stanie „do uruchomienia”. Mówiąc inaczej – w pudle. Myślę sobie, że nic w tym złego. Pojadę do lokalnego serwisu, któremu bliskie jest kolarstwo szosowe i profesjonalnie przygotują rower do nowego sezonu.

Przegląd zerowy to dla takiego punktu bułka z masłem. Wystarczy wyregulować napęd, hamulce, użyć pasty do karbonu, zweryfikować ewentualne luzy, wystawić rachunek i gotowe.

Tak uruchomiony rower czekał na pierwsze ciepłe dni. Wtedy też udało mi się znaleźć 5 błędów jakie popełnił serwis. Pierwsze zdziwienie miało miejsce już na piątym kilometrze, kiedy okazało się, że maszt podsiodłowy nie został dokręcony zgodnie z podanym na obejmie momentem. No zdarzyć się to może najlepszym. Jednak brak smaru do karbonu w tym miejscu to poważne przeoczenie. Wyobraź sobie, że lecisz 40 km/h wpadasz na nierówności i nagle cała sztyca wpada do środka. Przy tej okazji także urywając tylne światło. Całe szczęście, że miałem przy sobie podstawowe klucze. Nie zmienia to jednak faktu, że na rurze podsiodłowej zostały starte przy tej okazji oznaczenia z fittingu. Dlatego już w tym momencie wiem, że będę musiał jeszcze raz skierować się do specjalisty, aby ponownie zrobił stosowne pomiary.

Chwilę później miałem okazję zauważyć, że zarówno przednie, jak i również tylne koło gnie się podczas hamowania. Regulacja szczęk w grupach szosowych to dosłownie jeden ampul i 30 sekund roboty. Przeoczenie? Oddałem rower do profesjonalistów, aby robić to sam?!

Dalej było już tylko lepiej. Okazało się, że 3 dolne koronki tylnej kasety są dla mojej przerzutki praktycznie nieosiągalne. Cały układ po prostu się rozregulował.

Jeszcze nie przejechałem tego dnia 30 kilometrów, a końcówka linki przedniego wózka wypięła się z mocowania i zaczęła zahaczać o tylne koło. Przy tej okazji zaczęła wydawać dźwięk conajmniej jakby miała odpaść cała piasta.

Przy okazji panicznego hamowania odkryłem także luz w główce sterów. Jednak to akurat rzecz normalna. Łożyska musiały się dotrzeć.

Z taką listą niedogodności wróciłem do serwisu. Miło i stanowczo wskazuję listę usterek jakie kryje oddany do profesjonalistów rower. Usłyszałem jedynie „rower musi się dotrzeć, to normalne”. Szczerze nie wydaje mi się, bo to nie pierwszy rower jaki w życiu posiadam. Owszem – wracałem po powiedzmy dwóch tygodniach na drobne korekty, np. luzu w suporcie czy sterach, ale nigdy nie doświadczyłem jazdy na maszynie, która nie została kompletnie przygotowana do eksploatacji. Tym bardziej, że mamy tutaj do czynienia z rowerem wybitnie szosowym, który z założenia będzie w ciągu roku jeździć nieco więcej, niż 100 kilometrów na sezon.

Po drugiej wizycie w serwisie i ponownym odwiedzeniu fittera znów wracam do treningów. Od razu zauważam, że hamulce delikatnie mówiąc działają nieoptymalnie. Ocierają, biorą nierównomiernie, wreszcie nie hamują jak należy. Chwilę później orientuję się, że korzystając z wybranych przełożeń słyszę grzechotanie z kasety. Nie jestem w stanie wyeliminować tego ciągle słyszanego dźwięku ani poprzez regulację napięcia linek, ani trymowanie. Mając różne doświadczenia zmieniłem nawet zacisk tylnego koła. Nie pomogło.

Kieruję się do serwisu z kolejną wizytacją. Masa ludzi w środku, mimo to czuję, że jestem już chyba na czarnej liście klientów. Ach te dziwne uśmieszki. Słyszę wściekłego szefa i widzę mechanika, który w afekcie sprawdza napęd i wprowadza poprawki. Powiedziałem „zostawię rower na dwa dni. Na spokojnie go sprawdźcie, nie róbcie teraz nic”. Szef odpowiedział do jednego z pracowników „chyba nie chce tu zostawić roweru?!”

Dlatego mechanik w obawie przed wściekłym szefem od razu przyjął mnie na serwis i zaczął ponowne regulacje. Chciał mieć to z głowy. Wynik? Hamulce zaczęły działać, jednak napęd dalej żył własnym życiem. „To rama się gnie, usłyszałem”. Mocniej dokręcono zacisk tylnej osi i „następny z kolejki proszę”. Czy to pomogło? A jak myślisz?

Wyszedłem z serwisu jakby z poczuciem winy. Jak typowy upierdliwy klient, który kupił rower i dopierdziela się do każdej drobnostki. Jednak w szosie, która pokonuje 200 – 300 kilometrów tygodniowo ogromne znaczenie mają właśnie takie detale. Przez byle pierdołę można zarżnąć np. napęd, którego cena stanowi równowartość 40 calowego telewizora. Po drugie nie po to inwestuje się w profesjonalny sprzęt kilkanaście tysięcy, aby ten działał gorzej, niż holenderka sąsiadki. Tutaj nie ma marginesu tolerancji. Serwis musi być adekwatny do klasy sprzętu.

Po kolejnej setce poluzowała się linka tylnej przerzutki. Zostałem bez biegów 30 kilometrów od domu. To przelało już czarę goryczy. Poziom wkur… irytacji przeszedł mój (i tak liberalnie spozycjonowany) limit tolerancji i wyrozumiałości. Stracili klienta, który w ciągu tylko dwóch sezonów zostawił w kasie ponad 4 500 PLN brutto za akcesoria i usługi. Czy się awanturować? Patrząc na postawę szefostwa powinienem powiedzieć – „skoro prowadzenie serwisu to dla Was takie obciążenie wynikające z braku czasu to po prostu podnieście ceny o 200% i problem sam się rozwiąże”. A tymczasem zwróćcie wszelkie pieniądze wynikające z obsługi tego roweru aż od pierwszej wizyty.

Ta ostatnia, wymieniona wyżej awaria miała miejsce tak naprawdę na godzinę przed wyjazdem na Śląsk, gdzie rower miał brać udział w nagraniu spotu i sesji zdjęciowej. O 23:15 musiałem od nowa regulować tylny napęd. Problem jest tylko taki, że nigdy tego nie robiłem, a maszyna z rana wyrusza na ostre interwały, których wymaga plan zdjęciowy.

Po kilku latach lojalnej współpracy z poprzednim serwisem musiałem rozpocząć poszukiwania nowego przyjaciela dla mojego roweru, który przez miesiąc nie mógł się doczekać należytego przygotowania do sezonu.

Pomocne jak zwykle okazały się fora. Tam często czają się pod różnymi nickami prawdziwi pasjonaci. Ludzie, którzy żyją rowerami i z rowerów. Nie jest istotne, że mechanik przyjmuje rower w piwnicy, a nie za szkłem luksusowej ekspozycji na bogatej dzielnicy Warszawy. Najważniejsze są w tym przypadku opinie innych szosowców oraz profesjonalistów. Podporządkowałem się im i pojechałem pod wskazany adres.

I nie myliłem się. Rower zostawiłem na 3 dni. W tym czasie nowy mechanik wyspecjalizowany w rowerach typu szosowego zobowiązał się dogłębnie zbadać rower. Szybko znalazł i wyeliminował kilka istotnych problemów oraz naprawił to, co inni spieprzyli. Mogłem liczyć na poczucie indywidualnego podejścia oraz zaangażowanie. Ono jest tutaj najważniejsze. Maszynę rozebrano do zera, złożono i wyregulowano jak na mistrzostwa UCI. Wykryto ponadto niedokręconą kasetę(!) i absolutny brak smaru w sterach. Zrobiono również takie rzeczy o które wcale nie prosiłem (poprawienie owijki, skasowanie luzu w pedałach, wywalenie regulatorów na pancerzach, korekta prowadzenia wewnętrznego linek).

W taki sposób dziś mogłem jechać i pierwszy raz od zakupu roweru skupić się wyłącznie na efektywnym i wymagającym treningu, a nie na problemach i błędach poprzedników. To wszystko przy kompletnej ciszy. Biegi wchodzą wreszcie jak w masło, nic nie stuka, hamulce jak brzytwa i nie boję się stawać na pedałach w obawie o rozsypanie się całej kasety.

Ta historia oczywiście rodzi smutne wnioski. Nawet najlepszy serwis na skutek zbyt dużego oblężenia może stracić swoją atencję względem klienta. Nawet najbardziej lojalnego. Wielu managerów sklepów i serwisów nie wytrzymuje presji rosnącego popytu na usługi. Przez to dramatycznie spada jakość obsługi. Mechanik nie ma czasu, żyje w ciągłym stresie i popełnia podstawowe błędy. Do tego kierownik zamiast poświęcić chwilę na refleksję przerzuca całą winę na klienta, który trzeci raz wraca z problemem. Wreszcie na skutek zmęczenia cała ekipa traci radość z pracy, pasję i to co najważniejsze – zaangażowanie. To czuje klient. Klient, który odchodzi i już nie wróci. Tak, jak ja.

Jeśli sytuacja jest dramatyczna, a drzwi do placówki nie da się zamknąć z winy stojących rowerów klientów to podnieś cenę usług celem utrzymania jakości obsługi klienta. Przestań narzekać na nadmiar pracy. To prosta ekonomia rządzona prawem popytu i podaży. Dzięki temu również utrzymasz lojalnych klientów, którzy nie będą mieli poczucia, że tylko przeszkadzają tobie w robieniu rowerowego biznesu.

Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
0%
Interesujące
0%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
100%
3 Komentarze
  • MACIEK
    9 kwietnia 2017 at 04:56

    maszt podsiodłowy
    oznaczenia z fittingu
    Łożyska musiały się dotrzeć.

    NIE OSMIESZAJ SIE IDIOTO – ZWLASZCZA ZE WSZYSTKIE USTERKI MOZNA UZUNAC W 15 MINUT.

    TYLKO IDIOTA TAKI JAK TY ODDAJE ROWER NA REGULACJE.

    KUP SOBIE LEPIEJ KLAPKI

  • Zenon Lasko Wik
    9 kwietnia 2017 at 13:51

    Widać że artykuł eksperta.
    Rower kupiony nawet z neta w pudle powinien być już wyregulowany,zakładasz koło,dokręcasz kierownicę i wio.
    Nie wiem co to za super karbonowy rower ale radził bym się go pozbyć.
    Swoją drogą dawać rower do serwisu żeby wyregulowali hamulec…szczękowy…w szosie…nie będąc kobietą…wow

  • Rafał
    9 kwietnia 2017 at 15:21

    Jeżeli chodzi o Warszawę to polecam serwis Bajka niedaleko M. Kabaty. Korzystałem wcześniej z serwisu przy M. Stokłosy, ale jak liczyli sobie 15 zł (bez regulacji hamulców bo przywiozłem tylko koło) za zdjęcie tarczy hamulcowej przy wymianie szprychy to odpuściłem.

Podziel się opinią