Opinie
Aktualnie czytasz:
Rowery elektryczne są bez sensu? Powiedz to seniorom z Niemiec
Geek Award
0

Często spotykam się z opinią, że rowery elektryczne są „dla lamusów”, że elektryki to oszustwo. Co więcej, nim bardziej osoba związana ze sportem rowerowym (czy to kolarstwo szosowe, czy MTB), tym agresywniej atakuje rowery elektryczne. Narzędzie szatana dla leniwych ludzi? Mam inne zdanie.

Warto się na chwilę zatrzymać i zastanowić do czego pierwotnie służył rower? Swego czasu był to tani środek transportu dla każdego. Dużo później funkcje te przejmowały motocykle, a w czasach gdy sprawny samochód można kupić za kilka tysięcy złotych poniekąd środkiem transportu numer 1 stał się samochód. Ale, co moim zdaniem niesamowite, rowery nie zniknęły. Co więcej! Rowery sprzedają się świetnie, każdy w domu ma rower, a zastosowania są tak różne, ja różni są użytkownicy.

Kto jeździ na rowerach?

Wymieniłbym cztery główne kategorie, które krótko zaraz omówię. To: sport, rekreacja, środek transportu, sposób na zarabianie pieniędzy. Rowerowi sportowcy, bez względu czy na szosie czy w terenie, traktują rowery jako sposób na podnoszenie swoich umiejętności, dbanie o zdrowie czy rywalizację. Bez względu na to czy mówimy o sportowcach-amatorach takich jak Leszek czy o profesjonalistach. Rower jest narzędziem.

Wydaje mi się, że największą grupą będą fani rowerowej rekreacji. Wystarczy w wakacje wybrać się na dowolną, leśną ścieżkę rowerową. Rodziny z dziećmi, przeróżne rowery i powolne wycieczki po okolicy. Zwróćcie uwagę ile samochodów z bagażnikami rowerowymi w wakacje jechało z jednego końca Polski na drugi. Takie osoby korzystają z roweru jako, znów!, narzędzie do spędzania czasu razem, turystyki i wypoczynku. Oczywiście, w tej grupie będą „rowerowi Janusze” i będą pół-profesjonalni turyści górscy.

Dwie kolejne grupy powiązane są z miastem. Rower jako środek transportu, do pracy czy na uczelnię, i rower jako środek zarobkowy. W przypadku tego pierwszego sprawa jest oczywista. W lecie dojazd do pracy bardzo często najłatwiejszy jest na rowerze, a ciągle rozbudowywane sieci dróg rowerowych tylko wybór ułatwiają (przepełniony tramwaj vs rower na powietrzu). Kurierzy rowerowi to zupełnie inna kasta. Tutaj doświadczenie podpowiada mi, że to wariaci (tacy pół-pozytywni), których kręci nie tylko samo jeżdżenie, ale adrenalina wiążąca się z jeżdżeniem na ostrym kole pomiędzy autami. Kiedyś kolega kurier tłumaczył mi, że w dobry dzień „płynie” przez miasto. Jestem w stanie w to uwierzyć.

Gdzie wpisują się rowery elektryczne?

Rowery elektryczne: Helmut z Hansem wiedzą co dobre

Popatrzmy na sędziwych Niemców czy nieco bardziej szkaradnych sędziwych Holendrów. Często mieszkają oni w niedużych, zadbanych miejscowościach. Wszędzie jest płasko, ale często także dość daleko. Pamiętający złote czasy III Rzeszy Hans nie byłby w stanie dojechać 25-30 km na zwykłym rowerze, zjeść obiad i wrócić. Na rowerze elektrycznym? To nie problem.

Nie wierzycie? Zapraszam na wycieczkę to pierwszego lepszego miasta w Niemczech. Zwłaszcza na terenach ex-RFN. Rowery elektryczne są na każdym kroku.

Mimo że – jak pewnie zauważyliście – nieco podśmiewam się z naszych zachodnich sąsiadów, to bronię sensu elektryków całym sobą. Osoba, która nie jest sportowcem i traktuje jazdę na rowerze jako sposób na relaks i spędzenie miło weekendu nie potrzebuje mierzyć kadencji. Potrzebuje dojechać z punktu A do punktu B bez zbędnego spocenia się, ale także bez wożenia tyłka samochodem. Zresztą, każdy kto jeździł elektrykiem więcej niż pod rowerowym sklepem, wie że to nadal aktywność fizyczna. Różnica jest taka, że to aktywność stała, bardziej przypominająca w kwestii zmęczenia jednostajny trucht, porządny spacer.

Elektryki dla „Januszy”

Moim zdaniem nic nie stoi na przeszkodzie, żeby dwie z czterech powyższych grup przesiadły się na elektryki. „Rekreacjoniści” nie jadą na rodzinne wycieczki się zmęczyć, a „Dojeżdżający” chcą możliwe w najlepszym stanie dojechać na czas do pracy. Równie dobrze mogliby to robić na rowerach elektrycznych.

Plusy są ogromne: jednostajna aktywność fizyczna, możliwość pokonania większego dystansu w krótszym czasie, możliwość bezstresowego holowania np. przyczepki dziecięcej (tj. bez zajechania się na śmierć), możliwość dokładnego zaplanowania trasy (mega ważne dla ludzi z małymi dziećmi). Minusy nie mniejsze: wysoka cena zakupu, ostatecznie ograniczony zasięg, wysoka waga.

Bronię powyższych, bo sam jestem rowerowym „Januszem”. Mieszkam w górach i z chęcią pojechałbym na dłuższą wycieczkę z żoną i dzieckiem po szklaku. Nie mam jednak kondycji na pokonanie 40-50 km po górach z przyczepką i bagażami, tak samo nie mam jej moja żona. Problem rozwiązuje idealnie rower elektryczny. Nadal się trochę zmęczymy, nadal spędzimy z dziećmi czas na świeżym powietrzu, nadal coś pozwiedzamy. Ale wrócimy do domu z siłami na oglądanie filmu wieczorem, zamiast zdychać przez kolejne dwa dni.

Wiem, że dla osób uprawiających rowerowy sport to nie do pomyślenia: „Co za leszcz, nie zrobi 40 km po górach”. Ale takie są realia, a co więcej – realia dużo większej grupy ludzi niż rowerowych sportowców.

Co stoi na przeszkodzie?

Na chwilę obecną cena i zasięg. Mój kuzyn przytacza w takiej sytuacji piękną historię wspólnej wycieczki ze znajomymi karkonoskimi szczytami. Oni na elektrykach, on na zwykłym MTB. Ekipa dojeżdżała etap, podpinała się do ładowania i zaczynała biesiadę. On dojeżdżał w momencie kiedy oni kończyli, spijał łyk piwka i jechał dalej. Na mecie wszyscy byli razem. Elektro-ekipa w międzyczasie ładowała się 3 razy i spędziła ponad godzinę siedząc, on – jak w bajce z żółwiem i zającem – mozolnie jechał swoje.

W takiej sytuacji kupno elektrycznego Haibike’a za 14k złotych rzeczywiście mija się z celem. Ale w momencie, kiedy elektryczne rowery będą kosztować nieco mniej i oferować zasięgi na poziome 100+ km to poważnie się zastanowię. A wtedy pozostanie jeździć tak…

20170708_144456-2656x1494

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
0%
Interesujące
100%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%