Wideo
Aktualnie czytasz:
Trening przed jazdą indywidualną na czas. Ile uda się utrzymać watów na krótkim dystansie?
0

Bez wątpienia sezon się kończy. Przede mną ostatni start w tym roku. Tym razem będzie to Bielańska Czasówka. To bardzo nietypowe zawody, biorąc pod uwagę dystans – 5600 m. Kompletnie nie mam pojęcia w jakiej strefie mocy powinienem działać.

Trener zaproponował mi w związku z tym rozpisanie treningu innego, niż zwykle. Takiego, który da możliwość po solidnym rozgrzaniu pokonanie testowego dystansu. Nim to nastąpi mam do wykonania kilka krótkich interwałów. Jednak nim przejdę do tego etapu muszę wydostać się z miasta, które siłą rzeczy często nie jest bezpiecznym miejscem do jazdy według rozpiski. Po drugie duży ruch, skrzyżowania nie pozwalają się w pełni skoncentrować. Niestety w plenerze nie mamy dostępu do funkcji ERG i sami musimy zadbać o pilnowanie strefy mocy.

Po 15 minutach pojawiają się pierwsze akcenty. Raz jadę w okolicach 280 W, potem odpoczywam przy 180 przez pięć minut, aby później wskoczyć na minutowy akcent 300 W. Mówiąc bardziej obrazowo – raz jadę 30 km/h, a raz w okolicach 39. Oczywiście prędkość traktujemy z mega dystansem, bo na nią ogromny wpływ ma teren, masa i wiatr.

Mam 5 tego typu powtórzeń. Lubię takie krótkie interwały, bo sprawiają, że czas jakoś szybciej biegnie. Przy tym wszystkim podziwiam piękny zachód słońca i zaczynam myśleć o wyborze najlepszej drogi na wykonanie testowej czasówki 5.6 km. To musi być długa prosta o przewidywalnych warunkach drogowych. Teoretycznie najlepsza byłaby szosa łącząca Górę Kalwarię z Konstancinem. Jej minusem jest pofałdowanie terenu, które oczywiście wpłynie zarówno na średnią moc jak i prędkość. Jednak ten ostatni wskaźnik dla mnie dzisiaj jest mało istotny. Skupię się wyłącznie na watach i tętnie.

Po 40 minutach jestem solidnie rozgrzany i zaczynam zadany mi test. Niespełna 6 km, staram się nie schodzić poniżej 300 W i kadencji 90. Po chwili pojawia się pierwszy problem – jest nim hopka, której nie chce i nie mogę pokonywać zbyt dynamicznie, aby uniknąć odcinki zasilania na dalszych kilometrach. Po 2 kilometrze jakoś udało mi się ustabilizować moc, jest lekko pod górkę i pod wiatr. To daje wyniki na poziomie 37-40 km/h. To niska prędkość, przy bardziej sprzyjających warunkach na zegarach pojawiało się 43 -44 km/h. Teraz zwróciłem uwagę, że nie do końca skupiłem się na dobrej pozycji, co jest niesamowicie ważne, zwłaszcza bez lemondki. Oczywiście można sobie poradzić bez niej kładąc się na łokciach, ale przy takim ruchu wolę nie ryzykować. Nie mniej zauważyłem, że dzięki temu manewrowi można zyskać na prędkości jakieś dodatkowe 2 km/h. Być może na zawodach będą warunki ku położeniu się na kierownicy w taki sposób.

Oczywiście ktoś zapyta czy nie lepiej po prostu zainstalować lemondki? Prawdę mówiąc moja kierownica nie daje takiej możliwości, po drugie weekendowy start traktuję raczej w kategorii zabawy, podobnie jak triathlon. To ma być fajna jednostka treningowa i nowe doświadczenia.

Utrzymując moc na założonym poziomie, widzę, że tętno przez cały czas delikatnie rośnie. Widzę 165 uderzeń, potem 167, co według estymacji Garmina zapewnia mi jazdę praktycznie na progu. Zauważam inny problem – jest nim spadająca kadencja. Zależy mi na tym, aby nie schodzić poniżej 90 obrotów, tymczasem widuję wynik 85-87. W moim przypadku to już chyba oznaka zmęczenia.

Jak na złość na ostatnich metrach pojawił się mały zator, który zepsuł humor, jednak wydaje mi sie, że nie ma to znaczenia na całokształt. Moc znormalizowana 315 W, średnie nachylenie 0.4%, prędkość 37.5 – mało, kadencja 90, tętno 163. Jednak czy to dobre wyniki? Na tle ludzi, który będą startować w sobotę to trochę śmiech na sali. 3.93 W/kg na takim dystansie to mało. Najlepsi bez problemu osiągają 5 – 6 W. Jednak w tym wszystkim chodzi o rozrywkę i dystans. Wiem, że będę dokładnie w środku stawki i nic tego nie zmieni. Dlatego zawody traktuję jako świetny trening, zasilany dodatkowo adrenaliną i nic więcej.

Nie mniej jestem zadowolony z tego treningu. Był po prostu inny niż zwykle. Przychodzi teraz jedynie pora na schłodzenie organizmu, niestety z przygodami w postaci traktora. Cud, że nikomu nic się nie stało, bo jak się potem okazało na moich plecach jechali inni o czym przekonałem się dopiero po tym bliskim spotkaniu.

Wracając do resume – po takiej jednostce jestem totalnie odmóżdżony i czuję się niesamowicie zrelaksowany. Odpuszcza stres i wzrasta poziom satysfakcji po walce z samym sobą i swoimi strefami komfortu z których wychodzenie czasem okazuje się bardzo trudne mentalnie. Mentalnie, nie fizycznie. Dlatego najszczęśliwszy jestem wtedy kiedy toczę batalię z liczbami, eksperymentuję w sposób mniej szablonowy, albo przekraczam jakieś kolejne granice. To fajne, bo daje motywację do dalszego działania i sprawia, że każdy wyjazd jest ciekawy. Dlatego kocham te bezduszne cyferki.

 

 

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
0%
Interesujące
100%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%