Zdrowie
Aktualnie czytasz:
Zespół mięśnia piszczelowego tylnego po mojemu (cz. 2): Przyczyny i leczenie
0

Zespół mięśnia piszczelowego tylnego to podstępna kontuzja, która powstaje w wyniki wielu czynników. W poprzedniej części pisałem Wam o genezie jej powstania w moim przypadku. Dziś przenosimy się do gabinetu fizjoterapeuty, którego zadaniem jest wskazanie sposobów postępowania z tą przypadłością.

W wielkim skrócie – problemy ze ścięgnem mięśnia piszczelowego tylnego pojawiają się u ludzi posiadających płaskostopie, unikających ćwiczeń rozciągających oraz posiadających zbyt ambitny plan treningowy. Jak do listy dopiszemy nieodpowiednie obuwie, brak stabilności w stawie skokowym i nierówną nawierzchnię to pojawia się bardzo uciążliwy problem, który uniemożliwi normalne bieganie.

Tak było dokładnie w moim przypadku. Wszystkie te błędy dotyczą mnie, choć nigdy nie dałbym sobie wcześniej wmówić, że robię coś nie tak. Niestety moja lewa noga wymaga specjalnej troski, a podolog wybierający moje obuwie minął się z powołaniem. Fizjoterapeuta w pierwszej kolejności kazał zmienić obuwie z neutralnego na stabilizujące staw skokowy. Buty, pomimo wkładki nie były w stanie utrzymać stopy w optymalnej pozycji. Stąd koska „uciekała” do wewnątrz nadwyrężając ścięgno. Zaleceniem było też wykonanie wkładek, jednak indywidualnie dla lewej i prawej stopy. Bez wątpienia poczułem różnicę posiadając nowy komplet, jednak o powrocie do biegania mogę jeszcze zapomnieć. Na pewno nie powinienem próbować w fazie ostrego zapalenia. Jednak na szczęście bez przeszkód mogę jeździć na rowerze czy pływać.

Ćwiczenia, dużo ćwiczeń.

Fizjoterapeuta zaimponował mi tym, że nie próbował od razu uzupełnić mną kalendarza na najbliższe kilka tygodni, a pokazał komplet ćwiczeń, które mam wykonywać samodzielnie. Wszystko zostało poprzedzone bardzo długim wywiadem. Wytłumaczono mi też mechanizm kontuzji.

Przekonałem się, że jednym z problemów jest nieodpowiedni rozciągnięcie mięśni łydek, zwłaszcza mięśnia piszczelowego tylnego. Jego przykurcz prowokuje do nadwyrężania ścięgna, tarcia i w konsekwencji bólu. Niestety mało kto lubi rozciąganie i wiem, że tutaj potrzeba mnóstwo samozaparcia i dyscypliny. Podobnie jak w przypadku wałkowania (automasażu), co jest niezwykle bolesne i najzwyczajniej w świecie nieprzyjemne. Nie mniej – dwa razy dzienne – w domu i w pracy mam się rozciągać i rollować.

Stąd mój dom, jak i biuro wygląda jak sala ćwiczeń. Mam dwa komplety wałków, taśm, piłek do masażu i trudną do wyjaśnienia stertę książek telefonicznych na środku gabinetu. Wynika to z tego, że każdą wolną chwilę chcę poświęcać na ćwiczenia. Rozmawiając w pracy przez telefon wałkuję różne partie mięśniowe. Innym razem aktywnie się rozciągam. Kiedy siedzę przy biurku ściągam buty i masuję stopy. W domu podobnie. Po każdej aktywności poświęcam kilka minut na ćwiczenia.

Oczywiście wdrożenie tych wszystkich zaleceń nie da efektów tu i teraz. To jest działanie, którego efekty poczuję być może dopiero za kilka tygodni. Do biegania mam wracać stopniowo i kontrolować momenty pojawiania się bólu. Kiedy tylko pojawia się choć najmniejszy ból – przerywam trening.

Prób powrotu do biegania pojawi się jeszcze wiele. Z jakim skutkiem?

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
0%
Interesujące
0%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%