Opinie
Aktualnie czytasz:
Pierwszy start bez pianki na triathlonie i trasa rowerowa przy 36 stopniach: Lotto Triathlon Energy Lidzbark 2019
0

Za mną jeden z najważniejszych startów w tym roku. Będąc ostatnio w Lidzbarku powiedziałem sobie, że za rok muszę być lepszy i o ile nie zmienią się trasy, będę chciał wykonywać tutaj coroczny sprawdzian formy. Nie przewidziałem jednak jednego…

Tego, że rower i bieganie okaże się moim najmniejszym zmartwieniem. Pamiętacie jak mówiłem o oswajaniu się z wodą i stanami lękowymi? No to pomyślcie jak zareagowałem w chwili kiedy dowiedziałem się, że w dniu startu na moim dystansie będzie obowiązywać zakaz stosowania pianek. Super. To się nazywa właśnie powolna, stopniowa adaptacja do sytuacji mało komfortowych dla mej psychiki. Ledwo na przestrzeni ostatniego roku opanowałem pływanie w piance. W pierwszej chwili powiedziałem, że nie, nie wystartuje. Jednak nim się poddam, pójdę i przynajmniej sprawdzę czy naprawdę moja głowa nie pozwoli mi na to, żeby pływać po otwartej wodzie bez żadnego neoprenowego anioła stróża.

Nie było jednak aż tak źle jak myślałem… Pojechałem na Czerniaków, wszedłem do wody i spędziłem w niej bez asekuracji niemal godzinę, choć było to dla mnie niezwykle niekomfortowe.

Strasznie chcę wystartować, do tego przeraża mnie ilość pieniędzy jakie by mi przepadły. Łącznie 700 zł za start, nocleg i licencję, dlatego mimo tego, że woda jest zbyt ciepła, aby pływać w piance, postanowiłem przemóc się, dać się wrzucić na głęboką wodę i ostatecznie rozprawić się z lękiem, choć nie wiem kto tę wojnę wygra. Nie wiem do czego Wam to porównać. To jakby komuś kto boi się pająków dać do potrzymania na 15 minut tarantulę, albo klaustrofobika zamknąć na ten czas do szafy pancernej. Dla mnie to taki sam poziom stresu i wyzwania.

Zgodnie z prognozami niedzielny poranek był niezwykle gorący.  Na miejscu jestem odpowiednio wcześniej, wstawiam rower do strefy zmian i mam sporo czasu na to, żeby napić się kawy i skoncentrować przed pierwszym gwizdkiem. Patrzę na wodę, wyobrażam siebie na tej trasie, rozmawiam z ludźmi i mogę liczyć na mnóstwo wsparcia wielu osób, które widzą lęk i panikę wypisaną na miej facjacie.

Wybiła godzina zero. Już na rozgrzewce byłem bliski rezygnacji. Ledwo wszedłem do wody i miałem tętno 150. Totalna beznadzieja, triathlon jeszcze nie wystartował, a ja jestem totalnie zgotowany. 500 metrów zajęło mi 15 minut. Na pierwszych 100 metrach musiałem dwa razy odwrócić się na plecy i opanować strach. Prawie wołałem ratowników, którzy byli z 50 metrów ode mnie. Jednak tak strasznie nie chcę się poddawać. To by było tak głupie i beznadziejne. Tyle walki na marne. Leżałem na wodzie jak deska, tak jak ćwiczyłem zabezpieczając się na taką okoliczność. Jestem nieruchomy i sparaliżowany. W głowie przelatuje pociąg myśli. Muszę się wziąć w garść. Biorę kilka głębokich wdechów i przeczekuję szczyt ataku lęku. Trwał 40 sekund i nastała totalna cisza. W jednej chwili wszystko minęło.

Momentalnie napięcie spadło co widać po wykresie tętna. Coś niesamowitego. Płynę dalej, skupiłem się wyłącznie na trzymaniu tempa i odrabianiu straty. Poczułem jakąś niesamowitą ulgę i nie myślałem o strachu. Choć dopiero dopływam do końca pierwszego zadania to już zużyłem większość sił mentalnych i fizycznych. Jednak udało się. Wybiegłem do strefy zmian i wiem, że rower i bieganie nie ma już żadnego znaczenia. Z drugiej strony czuję się jakbym miał do stroju przypięte skrzydła.

Znów biegnę, wskakuję na rower. Jadąc po asfalcie jestem myślami dalej w wodzie. Jak ja się cieszę, że dałem radę pierwszy raz w życiu startować na otwartej wodzie. Mimo lęku, bez pianki. Pokonałem tak silnego wroga, własny strach z którym tyle walczyłem. Tak się zamartwiałem, zupełnie niepotrzebnie. Teraz jednak powinienem skupić się na jeździe. Odkryłem jednak, że totalnie nie pamiętam tego etapu. Nie wiedziałem na jakich watach pojechałem i z jaką prędkością. Coś strasznie dziwnego. Wiem tylko, że było potwornie gorąco, 36 stopni i żar bijący z asfaltu. Bidon bardzo szybko wysechł i konieczne okazało się skorzystanie z bufetu. Dopiero później analizując wyniki zauważyłem jak bardzo niekorzystny był mój stosunek tętna do mocy. To wina wcześniejszego stresu, euforii, ciepła i oczywiście braku formy. Dziś zamiast 250 watów, generuje ich około 235, a prędkość na całym dystansie wyniosła 37 km/h zamiast planowanych 39. Do tego momentu udało mi się wyprzedzić 40 zawodników i z 70 miejsca przeskoczyłem na 30.

Po zatrzymaniu poczułem potężne uderzenie gorąca, jakbym wstawił głowę do piekarnika. Lecę do stefy zmian, zmieniam buty i lecę na ponad 5 kilometrów biegu, co zajęło mi 25 minut i okupione było na pewno odwodnieniem. Ostatecznie jestem 30 na 104 i 8 w kategorii. Rok do roku poprawiłem czas i to bez pianki o minutę, jednak to nie ma kompletnie znaczenia.

 

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
67%
Interesujące
0%
heh...
0%
Że co?
33%
Grrrr!
0%
Smutne
0%