Wideo
Aktualnie czytasz:
Zostałem zniszczony. Ten facet ma 345 w FTP i ciśnie 45 km/h
1

Poznajcie Karola, mojego serdecznego przyjaciela żyjącego o samej wodzie i sianie jak prawdziwy koń kolarstwa czyli najmocniejszy człowiek jakiego znam osobiście i mam nieprzyjemność czasem jeździć. Karol właśnie kupił rower czasowy i zaprasza na pięćdziesiątkę. Po co mu taka koza?

Podsumowując. Mogę jechać na kole, ale nie do końca. Do zrobienia jest porzyg na dystansie około pięciu dyszek. Mamy zrobiony rozgrzew łyd i włączam rejestrację. Okazuje się, że 43 km/h przelotowo to chyba jednak był żart, bo ten wariat zaczyna przekraczać pięćdziesiątkę i łamie lokalne ograniczenia. Bardziej przeraża mnie moje tętno, bo skacze ponad 160, a moja jazda to walka o życie. Muszę jechać lekko obok i wypatrywać tej szkapie dziury i ewentualne problemy. Dlatego raz mam 200, a raz grubo ponad 300 watów. To oznacza, że Karol właśnie kończy swoją drugą rozgrzewkę, a przy tym ma niezłą ze mnie bekę.

Pierwsze wrażenia są takie jakbym musiał walczyć sam. Jazda w tej sposób i to w dodatku za leżącym zawodnikiem trochę rozczarowuje. Pfu, nie to słowo. Byłem wku… rzony, że ta oferma robi wszystko, żeby mnie zerwać jeszcze przed 10 kilometrem. Najgorzej jednak było pod wiatr, bo mój przodownik dociskał pod 360 watów i wtedy pojawiały się pierwsze oznaki blackoutu jak w Wenezueli. I pomyśleć, że ja temu chamowi jeszcze bidon wiozę.

Jedynym momentem regeneracji na pierwszej rundzie były zakręty i oglądanie helikoptera przez 10 sekund. Po tak zacnym odpoczynku muszę wracać do roboty. Na biurku znowu okolice 300 watów i 47 km/h, to oznacza, że znowu chyba jest nieco pod wiatr. Co i tak nie zmienia faktu, że przekraczam barierę prędkość światła, bo dla części rowerzystów stajemy się niewidoczni. Przez chwilę wyobraziłem sobie spotkanie z tym człowiekiem i ilość tatara jaka by była do zebrania z ulicy.

Po 23 km robimy przystanek przy nowym muralu w Gran Kalwarii, do tego pamiątkowe zdjęcie i moja pierwsza przymiarka do roweru mojego oprawcy. Wrażenia są naprawdę mega, ten rower jest maszyną do zarzynania siebie i wszystkich w okolicy.

W wielkim skrócie powrót wyglądał dokładnie tak samo. Musiałem przebierać nóżkami jak mały robocik, któremu kończą się bateryjki. Jadę już na totalnej rezerwie i odświeżam sobie słownik przekleństw ze wszystkimi kreatywnymi kombinacjami. Przodownik na 3 kilometry przed końcem postanawia jeszcze dołożyć do pieca. Karolkowi na zmianę życzę śmierci, zerwania łańcucha, złapania gumy. Już nigdy mu nie dam nawet małego łyczka z mojego bidonu. Usunę go ze znajomych. Tracę ostrość widzenia i obraz zaczyna się ściemniać i wirować. W końcu pękam na kilometr przed finiszem.

Dawno nie czułem się tak przeciorany. To wspaniałe uczucie i mega wartościowe spotkanie. Najlepsi kumple na szosie to tacy co nie czekają i nie znają litości. Karol od zawsze był dla mnie mega inspiracją i bardzo mnie motywował do tego, żeby ostro szlifować formę zimą. Tak, żeby nie robić wstydu na Gassach i nie odpadać tak jak 2 lata temu. Znaczy dalej siara trochę jeździć z gościem co wygląda jak kryształy na fizykę, ale przynajmniej bardzo się staram i bardzo doceniam jakość takiego treningu. Nic lepiej nie wpływa na formę jak tacy terroryści.

Po ustabilizowaniu tętna odwołuje wszystkie złe zaklęcia i wulgaryzmy, mało tego, podsyłam linka do kanału Karola, który pokazuje jak pracuje nad swoim FTP. Linka macie poniżej.

Zobacz także:
Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
67%
Interesujące
33%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
0%
1 Komentarze